Ocean Baśni, Ocean Formy

Rozmowa z Agnieszką Krawczyk

Agnieszka

z cyklu

Stoliczku nakryj się

Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.

Stoliczku nakryj się logo


Na stoliku domowy pischinger, parzy się czarna, mocna kawa. Tak się składa, że obie taką lubimy. Wypijemy ją z dodatkiem miodu.

Agnieszka między książkami, w Oceanie Baśni

Małgosia: W Oceanie Baśni zajmujesz się poławianiem pereł;) Powiedz coś więcej na ten temat.

Agnieszka: Ocean Baśni to blog o książkach dla dzieci, który prowadzę od 2017 roku. Staram się pokazywać na nim najpiękniejsze publikacje dla dzieci. Wybrane tytuły testuję na żywych organizmach (mam dwóch synów), fotografuję i recenzuję. Interesują mnie zarówno nowości, jak i publikacje sprzed lat. Książki polskie i zagraniczne. Książki dla maluszków, dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym i dla młodszych nastolatków. Powieści, poezja, picturebooki, pop-upy… Wachlarz jest szeroki, a kryterium doboru jest tylko jedno. Tytuł musi nam się podobać, musi wpisywać się w nasz gust, w nasze wartości oraz zainteresowania.

M: Pracujesz jako korektorka i redaktorka. Jakie teksty bierzesz na warsztat?

A: Bardzo różne. Przez kilkanaście lat pracowałam w wydawnictwie zajmującym się przewodnikami i książkami podróżniczymi. Teraz prowadzę własną działalność i samodzielnie wybieram tytuły do redakcji czy korekty. Biorę na warsztat przewodniki, powieści, reportaże, książki dla dzieci, poradniki, albumy…

M: Jakim doświadczeniem jest prowadzenie własnej firmy?

A: To trudne przedsięwzięcie, często stresujące i wymagające działań na wielu polach. Redaguję i poprawiam teksty, recenzuję książki dla dzieci, tworzę ceramikę w zaciszu domowej pracowni. To jednak tylko główny nurt moich działań. Do tego dochodzi poszukiwanie zleceń, odpisywanie na maile, planowanie, marketing, finanse, zaopatrzenie, sprzątanie, wysyłka itd. … Kilka etatów w jednym ;) . Własna firma daje mi jednak możliwość samodzielnego decydowania o sobie samej, o czasie poświęconym na pracę, dniach wolnych, przyjętej linii rozwoju, planach czy działaniach. Nikt mi niczego nie narzuca. Jestem sterem, żeglarzem i okrętem ;).

M: Istnieją dwa Oceany, drugi z nich to Ocean Formy. O jakiej formie mowa? Jak zaczęła się Twoja z nią przygoda? Skąd ta fascynacja?

A: Ocean Formy to moja mała domowa pracownia ceramiczna. Od zawsze ciągnęło mnie do rękodzieła (biżuteria, masy plastyczne, filcowanie, szydełkowanie…). Chciałam również rozpocząć swoją przygodę z ceramiką. To marzenie zaczęłam spełniać w 2020 roku, gdy zapisałam się na kurs lepienia z gliny. Później jednak życie przerwało moje plany na ponad rok, aż w końcu po przekroczeniu czterdziestki stwierdziłam: „teraz albo nigdy!”.

M: Jakie kroki zaprowadziły Cię do własnej pracowni?

A: W 2022 miałam okazję odwiedzić kaszubską pracownię rodziny Neclów. Ceramiką zajmują się od dziesięciu pokoleń. Tam pierwszy raz toczyłam na kole i… przepadłam. Stwierdziłam, że to jest to! Po powrocie zapisałam się na indywidualny i intensywny kurs w stylu „od laika do ceramika” w jednej z krakowskich pracowni. Czytałam o ceramice wszystko, co wpadło w moje ręce. Oglądałam setki filmików i tutoriali w internecie, a przede wszystkim – zrobiłam w zeszycie plan. Wypisałam listę działań, które przybliżą mnie do otworzenia własnej pracowni. Małymi krokami, bez wielkich inwestycji, po mojemu. Powoli odhaczałam kolejne punkty z listy. Kącik w garażu, zakup koła, kompletowanie podstawowego zestawu narzędzi, jeżdżenie do zaprzyjaźnionej pracowni, w której wypalałam gotowe prace, założenie Oceanu Formy na IG i FB, tysiące godzin przy kole, próby, błędy, frustracje, małe sukcesy, poszukiwanie osobistego stylu… Później przyszedł czas na własny piec i działania z większym rozmachem.

Agnieszka w pracowni

M: Jakie cuda wyczarowujesz w tej przestrzeni?

A: Przede wszystkim kubeczki. Dobrze przyjęła się zarówno seria z kotami na uszkach, jak i seria pt. „Poczet Kubków Staropolskich”, na których odciskam zapomniane słówka z naszego pięknego języka („Azaliż”, „Huncwot”, „Miglanc”, „Waszmość” itp.). Oprócz kubków tworzę również filiżanki, miski, wazony, kufle, dzbanki, talerze oraz figurki (tzw. „Kotsony” i „Piesony”).

M: Jak krok po kroku powstaje filiżanka?

A: Najpierw jest pomysł. W głowie układam kształt, linię uszka, projektuję wykończenie. Później ten obraz zabieram ze sobą do pracowni. Odcinam kawałek gliny, wyrabiam go, aby pozbyć się pęcherzyków powietrza, a następnie rzucam go na koło, zwilżam wodą i rozpoczyna się etap toczenia. Obraz z głowy przelewam na kształt gliny. Po wytoczeniu przychodzi czas na podsuszenie, ściągnięcie gotowego naczynia z koła, ponowne podsuszenie do etapy gliny „zdębiałej”, obtoczenie i ukształtowanie stopki, doklejenie uszka oraz ewentualnych ozdób. Następnie – znowu suszenie, pierwszy wypał na tzw. biskwit, szlifowanie, mycie, woskowanie spodu, szkliwienie, czyszczenie stopki i ponowny wypał, ale tym razem na wysoką temperaturę. Później pozostaje mierzenie, testowanie szczelności, fotografowanie, opisanie i „już” ;). Filiżanka gotowa.

M: Opowiedz proszę o magii pracy z gliną…

A: Tak, to zdecydowanie magia. W kontakcie z gliną jest coś pierwotnego. Czuję się tak, jakbym była w innej czasoprzestrzeni. Współczesny pęd życia, ciągły pośpiech, miliony spraw do załatwienia, dzwoniące telefony i powiadomienia z komunikatorów – wszystko to pozostawiam za sobą. Przy kole jestem tylko ja i kawałek gliny, z którego za chwilę narodzi się nowy kształt. Z połączenia czterech żywiołów: wody, ziemi, powietrza oraz ognia powstaje materialne odbicie tego, co dyktuje mi wyobraźnia. Chcę iść za tymi doznaniami. Chcę rozwijać moją małą domową pracownię, aż stanie się prawdziwym Oceanem Formy.

M: Plany na przyszłość?

A: Postawienie na ceramikę w niemal stu procentach. Chciałabym, aby Ocean Formy zdominował Ocean Baśni. Nie zamierzam całkowicie rezygnować z literatury dziecięcej i samego recenzowania. Kocham tę część mojej działalności. Jednak z chęcią porzucę czasochłonną redakcję i korektę na rzecz ceramiki – jeszcze bardziej czasochłonnej, ale dającej mi prawdziwą satysfakcję, poczucie twórczego spełnienia i wolności.

M: Wiem, że wypiekasz domowe chleby. Czy istnieje niezawodny przepis?

A: Pewnie tak. Ja nie mam jednak ulubionego. Próbuję różne wersje. Na zakwasie, na drożdżach. Ważne, żeby skórka była chrupiąca. No i zapach! Ten ma przyciągać domowników i gromadzić przy wspólnym stole.

M: Czy naprawdę uprawiasz karate?

A: Tak. Od kilku lat. Do tej dyscypliny przekonał mnie mój mąż, który jest trenerem karate.

M: Lubisz pływać?

A: Nie :). Nie umiem dobrze pływać. Wolę trzymać się brzegu i podziwiać ten żywioł z bezpiecznej odległości. Moje dwa Oceany są wybitnie metaforyczne ;).

M: Dziękuję Ci Agnieszko za tę rozmowę. I pyszną kawę:) Życzę szerokich wód!

A: Ja również bardzo dziękuję:)!

Więcej o Oceanach na:

https://oceanbasni.pl

Ocean Baśni – Agnieszka Krawczyk

Ocean Formy | Agnieszka Krawczyk | ceramika


A oto co Agnieszka poleca na jesień w swojej karcie dań. Dla duszy oczywiście:)

1 comment

  • Agusiu, wyznaję Oceany wciagają, od małego dziecka lepilaś zwierzątka z modeliny /stoją w bibliotece/ ,pisałaś bajki do szuflady a teraz wspaniala Mama dwójki chłopców znajdujesz czas na swoje pasje. Kibicujemy Ci z Tatą, spełniaj marzenia – Mama

Zostaw swój komentarz