Naszymi gośćmi są Robert Poryziński i Daria Spychała

w rozmowie z cyklu
Stoliczku nakryj się

Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.
Małgosia: Dziś uczta szykuje się podwójna, a goście przybyli prosto z baśniowej opowieści. Dziękuję Wam, że znaleźliście czas, żeby opowiedzieć o Waszych ścieżkach, o tym jak się splotły i o pewnym wyjątkowym Teatrze.
Robert i Daria: Dziękujemy za zaproszenie do rozmowy:)
M: Tradycyjnie już, zapytam – kawa, czy herbata?
Robert: Kawa – mocna, czarna.
Daria: Trudny wybór, nie wyobrażam sobie życia bez jednego i drugiego. Kawa koniecznie z mlekiem, cukrem i szczyptą cynamonu, a herbata czarna z sokiem malinowym, pomarańczą i goździkami.
M: Ulubiony deser…
Robert: Szarlotka Dareńki.
Daria: Tiramisu truskawkowe.
M: Zrobiło się smakowicie:)

CZĘŚĆ I POCZĄTKI
M: Rok 2017 to dla Roberta czas przełomowy oraz początek jego “rozmowy z teatrem”. Zapytałam go o ten czas, ten początek, pierwsze słowa rozmowy…
Robert: Dawno, dawno temu, gdzieś całkiem daleko, tak daleko, że już sam nie wiem czy to było to prawdą, a niestety było, zderzyłem się ze świadomością swojej choroby alkoholowej. Zderzyłem się z faktem, że jeśli nie wytrzeźwieję to stracę swą ukochaną pracę, którą do tej pory wykonywałem. Że zabiorą mi pracownię lalek i nie będę mógł robić spektakli w Domu Kultury.
Pytasz o rozmowę. Byłem wtedy w takim stanie, że nikt nie chciał ze mną rozmawiać, że nie wiedziałem co mówić i jak mówić. Jednym słowem, nie było szansy na żadną sytuację, którą można określić mianem rozmowy. Musiałem wysłuchać. Musiałem słuchać innych i milczeć, a nie rozmawiać. Pierwsze słowa, które usłyszałem i na których się skupiłem, brzmiały: “Od dziś już nigdy nie możesz dotknąć alkoholu.” – to były pierwsze słowa, które usłyszałem i według których postanowiłem żyć. W moim życiu zaczęła się era trzeźwienia. Feeria barw, pełnia smaków, zapachów, sen. Nawet musiałem i chciałem na nowo uczyć się jeść owoce. Kiedy trzeźwość postawiła mnie na nogi i zacząłem wierzyć w siebie, w głowie powstała myśl: “po co mi dotychczasowa praca i miejsce jej wykonywania”. Sam sobie zorganizuję pracę i jej miejsce. Miałem kilka kartek papieru, 2 kg mąki, parę złotych w kieszeni. Do domu przyniosłem dwa stoły, a kilka rzeczy z domu wyrzuciłem. Tak powstała pracownia lalek.
Trzeźwość sprawiła, że mogłem się najeść, wyspać, że mogłem mówić, że miałem do kogo mówić. I w ten sposób rozpoczęła się moja rozmowa ze światem. Moja rozmowa o marzeniach i o posiadaniu teatru lalek.
M: Czy możemy zajrzeć do Twojej pierwszej pracowni? Jak wyglądała? Co w niej tworzyłeś?
Robert: Och! Moja pierwsza pracownia: od moich znajomych przyniosłem dwa duże stoły (w domu miałem tylko ławę, przy której nie dało się pracować). Wyrzuciłem stare fotele i zniszczony dywan. Na początku często sypiałem w pracowni – uwielbiałem ten moment, kiedy nadchodził wieczór, siadałem z kawą i papierosem przy całkiem ubogim świetle żarówki i pozwalałem by “papierki” – tak nazywałem szkice moich lalek – zaczynały do mnie mówić. Wysłuchiwałem wtedy, jak chcą wyglądać albo jak wyśmiewają moje pomysły. Tak powstał Anatol, Wojciech nieŚwięty i parę innych lalek oraz piniat. Niestety żadne z nich nigdy nie zagrały w żadnym spektaklu. Tak wyglądała moja pierwsza pracownia.




M: Zacząłeś od baśni Andersena i od tamtego czasu one nieodmiennie Ci towarzyszą. Dlaczego Andersen? Na czym polega wyjątkowość jego baśni?
Robert: Andersen to po prostu baśnie mojego dzieciństwa. Miałem w domu trzy książki z bajkami: “Przez różową szybkę” Ewy Szelburg-Zarembiny, “Brzechwa dzieciom” i “Królowa Śniegu” Andersena. Na tych książkach uczyłem się czytać. Czytałem je na okrągło. Oczywiście szybko pojawiły się inne książki, ale Andersena i Brzechwę zawsze gdzieś obracałem w dłoni. Do Andersena wróciłem po maturze, w szkole lalkarskiej. Wtedy też odkryłem go na nowo. Zobaczyłem też starszych kolegów, którzy za pomocą masek wystawiali “Opowieść o matce”. Sam zrobiłem “Królową Śniegu” w lalkach – z ubrań na wieszakach. Po powrocie do rodzinnego miasta, pracując w Miejskim Domu Kultury też na tapet szybko wskoczyły baśnie Andersena. Uwielbiam jego sposób opowiadania, filozoficzną odkrywczość sytuacji i postaci, spokój, ale też wątki i opisy iście z horrorów. Prostota opowieści, ale jednocześnie bogate i piękne opisy. Jednak przede wszystkim baśnie Andersena to moje dzieciństwo, gdzie mogłem sam sobie czytać książki. Sam Andersen mawiał, że nie wymyśla swoich baśni – w zasadzie opisuje ludzi, których poznał i sytuacje, których doświadczył wcześniej w swoim życiu. Widział Cesarza, kwokę krótkonóżkę, dziecko, które podeptało chleb czy dziewczynkę z zapałkami. Mam wrażenie, że dzisiaj spotykam na drodze te same postaci. Andersen do dziś “opisuje” ludzi i zdarzenia. Nic się zmieniło od XIX wieku, a nawet od bajek Ezopa.
***
M: W zebranych wspomnieniach Robert odnotował : „7 kwietnia 2019 – do pracowni wchodzi Daria i już nigdzie nie wychodzi”. Co Cię zatrzymało?
Daria: Poznaliśmy się w Bydgoszczy, choć ja wtedy wcale nie szukałam żadnych nowych znajomości. Przyjechałam na kilka dni popracować przy scenografii do filmu animowanego. To był trudny moment w moim życiu, czułam, że potrzebuję wyjechać na kilka dni by złapać oddech. Nie wiedziałam, że w tej samej pracowni pracuje Robert. Weszłam, rozejrzałam się, powiedziałam zwykłe, neutralne „Cześć!”. Robert odpowiedział równie neutralnym „Cześć”… i uciekł. Po prostu odwrócił się na pięcie i zniknął. Ale czułam na sobie jego wzrok przez cały dzień. Każde moje spojrzenie napotykało jego, a potem natychmiast uciekało. Pod koniec dnia, kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, Robert podszedł do mnie, jakby walczył sam ze sobą i zebrał się na odwagę: – “Pójdziesz ze mną na spacer po Bydgoszczy?” Nie wiem, czy bardziej zaskoczyła mnie ta propozycja, czy to, że bez wahania się zgodziłam. I poszliśmy. Minął tydzień. Przez pięć dni pracowaliśmy razem, a ja czułam coś dziwnego – coś, czego nie umiałam wtedy jeszcze nazwać. Czułam, jakby jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w Bydgoszczy, jakby to miejsce – i ktoś w nim – nie chciało mnie puścić. W sobotni poranek, gdy wsiadłam do pociągu, łzy same popłynęły mi po policzkach. Nie rozumiałam tego. Jak można tęsknić za miejscem, które zna się zaledwie kilka dni? Próbowałam to sobie logicznie wytłumaczyć, ale serce mówiło coś zupełnie innego. Dojechałam do Bielska, spakowałam się, załatwiłam kilka spraw i powiedziałam mojemu szefowi, że wyjeżdżam na stałe. Wiedziałam, że muszę wrócić. Że tam, w Bydgoszczy, czeka coś ważnego. I tak zaczęła się nasza historia. Robert do dziś się śmieje, że byłam jego dziewczyną od tamtego pierwszego „cześć”. Ja datuję początek naszej wspólnej drogi kilka tygodni później… ale niech mu będzie (śmiech).
CZĘŚĆ II TEATR NA ROWERZE
M: Pewnego razu wybrałeś się na podlaski festiwal Cyrk na Kółkach. Tam zrodził się pewien pomysł…
Robert: Zanim przejdę do Cyrku na Kółkach wspomnę wybuch pandemii. Gdy pozamykano nas w domach przyszedł mi do głowy pomysł zbudowania teatru w plenerze, którego nikt mi nie zamknie. Ta myśl siedziała mi w głowie długi czas. W wakacje nieco poluzowano obostrzenia i wyjechałem na Podlasie. Tam prowadziłem warsztaty żonglerskie podczas Festiwalu Cyrk na Kółkach i poznałem rodzinę turystów jeżdżących rowerami po Podlasiu. Opowiedzieli mi o rowerze cargo. Zapragnąłem mieć taki rower. Zmieściłby się do niego cały mój teatr i wszystkie bagaże. Brzmiało jak bajka. Miesiąc później na inny festiwal pojechaliśmy razem z Darią pociągiem. Mieliśmy ze sobą trzy duże bagaże ze sceną, rekwizytami i lalkami i z całym tym ekwipunkiem biegaliśmy po peronach. Byliśmy wymęczeni, co przypieczętowało decyzję o zakupie roweru cargo.
M: Teatr wraz z Robertem ( lub też odwrotnie) wskoczył na rower i wyruszył w Polskę. Jakie wyzwania niesie ze sobą taka forma?
Robert: Nie do końca nazwałbym to wyzwaniem, a raczej wędrowaniem. Dopiero w wędrowaniu pojawiają się wyzwania, szczęścia, smutki, radości, cała gama wrażeń, uczuć i emocji. Weźmy na ten przykład przejazd samochodem z Torunia do Jasła. Taka podróż zajmie nam około siedmiu godzin. Po drodze postoje na stacji benzynowej, tankowanie i jestem na miejscu. Ewentualnie gdy spadnie deszcz w ogóle nie ma chęci wysiadania z samochodu, wszyscy pędzą jak najszybciej do punktu docelowego. Rower. Wsiadam na siodło rano, we wtorek, mam w sakwie mapę i perspektywę tygodnia drogi. Jadę. Słońce, deszcz, las, wioska ze sklepem spożywczym, po drodze napotkane osoby, rozmowy, nocleg na polu namiotowym, ponownie rozmowy, każdy jest inny, każdy mówi o innych problemach. W ciągu tygodnia wędrowania dzieje się dużo więcej niż w ciągu siedmiu godzin jazdy samochodem, a to jest ten sam odcinek drogi. Toruń -> Jasło. Wędrowanie.
M: To niespotykany, bardzo wyjątkowy pomysł na teatr.
Robert: Jestem jedynym teatrem w Polsce przemierzającym kraj na rowerze. Dla mnie też ta wyjątkowość opiera się na tym, że naprawdę gram kiedy chcę i gdzie chcę. Zanim dojadę do punktu docelowego nocuję na polach namiotowych, gdzie ludzie pytają “co to za rower?”, “dlaczego na skrzyni jest narysowana lalka?” etc. Wtedy siadamy i zaczynam opowiadać. Od słowa do słowa, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak rozkładam swoją scenkę, wyjmuję lalki i instrumenty, a na polu namiotowym rozbrzmiewają baśnie Andersena. Rozpoczyna się spektakl. Kończy się wspólnymi rozmowami, a czasami poranną kawą na drugi dzień. To między innymi jest wyjątkowość tego teatru. Długie wędrowanie, słońce i deszcz, trudy i radości, rozmowy z napotkanymi ludźmi, to jest esencja teatru wędrownego.
M: Prowadzicie jakieś statystyki: ilość przejechanych kilometrów, odwiedzonych miejsc, zagranych spektakli?
Daria: Zapisujemy każdy zagrany spektakl, a rowerowy licznik pokazuje ilość przejechanych kilometrów. Po każdym sezonie wakacyjnym przygotowujemy podsumowanie.
M: Najwspanialsze wspomnienie z trasy…
Robert: Jest ich tak wiele, że spędzilibyśmy tu dwa dni. Trudno mi powiedzieć, które były najwspanialsze, które były mniej wspaniałe. Najcudowniejsze jest to, że było ich wiele. Opowiem o jednym. Opowiem o przygodzie podczas której poznałem ludzi – takich prawdziwych – nie z dziennika telewizyjnego, nie z reklamy i nie z reportażu. Minąłem Łódź, zmierzałem za Wrocław, tego dnia miałem do przejechania jeszcze około czterdziestu kilometrów do pola namiotowego. Raptem poczułem bicie w oponie tylnego koła. Guz. Udało mi się przejechać jakieś piętnaście metrów gdy oponę rozerwało ciśnienie. Jestem gdzieś w Polsce, nie ma w pobliżu zakładów wulkanizacyjnych, a ja nie wożę ze sobą żadnego sprzętu naprawczego z racji minimalizowania ciężaru roweru. Pięćdziesiąt metrów przede mną było gospodarstwo. Udało mi się dopchać rower i spytałem o najbliższy zakład wulkanizacyjny. Niestety nie było takiego w okolicy. Gospodarz wezwał syna, który przeszukał garaż, znalazł oponę, znalazł dętkę, a gospodyni przyniosła kawę i herbatę. Zanim wypiliśmy kawę, syn gospodarza wymienił dętkę i oponę, a ja spytałem o cenę naprawy. Zostałem wtedy skrzyczany przez gospodynię słowami “Pan jest w drodze, Pan jest w potrzebie, a my mogliśmy to zrobić.” Nie było mowy o żadnej zapłacie. Podziękowałem i odjechałem. Przez kilka kilometrów myślałem o całej sytuacji i doszedłem do wniosku, że właściwie nie odwdzięczyłem się tym ludziom za okazaną pomoc. Zawróciłem rower, gospodyni na mój widok wybiegła z domu, wystraszona, że coś źle zrobili. Wyjaśniłem jej, że ponieważ nie chcą pieniędzy za serwis to odwdzięczę się spektaklem na ich podwórku. Poprosiłem by zawołali sąsiadów i usiedli na trawie przed domem. Opowiedziałem im baśnie Andersena. Nadszedł wieczór. Spytałem czy mogę rozbić namiot w pobliskim lesie, a rower schować w ich gospodarstwie i wtedy ponownie zostałem skrzyczany przez gospodynię. Zabroniła mi ruszać się z miejsca, pobiegła do domu, po dziesięciu minutach wróciła z informacją, że nocleg w ich domu czeka na mnie. To byli prawdziwi ludzie.
M: Opowiedzcie proszę jak na przestrzeni czasu Teatr Miejsca „nabierał kolorów”?
Daria: Robert mówi, że wniosłam w jego życie kolor – dosłownie i w przenośni. Gdy się poznaliśmy Robert nie malował swoich lalek, zachowywał je w oryginalnej, papierowej formie.
Robert: Tak, to prawda. Daria dodała kolorów do mych lalek, teatru i życia. Nie malowałem swych lalek i marzyłem o spektaklach, gdzie odpowiednie światło “ubarwiało” moje papierowe lalki, do tego muzyka, a nawet brak narratora, słów brak.

Jednak to się zmieniło i tu pewnie dochodzimy do istoty pytania, w którym nie do końca chodzi o same barwy lalek czy sceny. Myślałem też nad samym wyglądem opowiadacza lalkarza. Nad samym wyrazem teatru. Doszedł rower, doszła wędrówka i całość zaczęła się zmieniać. Rower nie był tylko środkiem transportu. Rower to podróżowanie, wędrówka, to setki ludzi spotkanych po drodze, to rozmowy. To sytuacje i pogoda, przestrzeń i czas. To wszystko powoli zmieniło i teatr i mnie. To już nie tylko kwestia dojechania na miejsce umówionego grania, ale całe przygotowanie, treningi, pakowanie, pożegnanie i sam wyjazd z domu na pięć dni, dwa tygodnie, miesiąc, to powroty – do domu, do Darii. Zmienia się sposób narracji, kontaktu z widzem, zmieniło się nakrycie głowy, czy rodzaj instrumentów i muzyki. Powoli stawałem się sabaudczykiem, opowiadaczem, wędrowcem, poszukiwaczem przygód, a nie tylko lalkarzem. Teatr nasz coraz bliższy był tym średniowiecznym opowiadaczom chodzącym po świecie z ołtarzykiem retablo. Nasz Teatr Miejsca stał się w pełni teatrem retablo.

CZĘŚĆ III DOM OPOWIEŚCI
M: Tymczasem znaleźliście się w Toruniu. Jakie tajemnice skrywa to miasto? Dlaczego warto poznać Legendy Toruńskie?
Robert: Na początku Toruń był dla mnie miastem Kopernika i pierników. Potem, powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Pierniki mają więcej smaków niż sobie wyobrażałem, a Kopernik w zasadzie tylko się w Toruniu urodził. Poznawałem przewodników – każdy z nich zna i kocha inny fragment historii miasta. Rozmawiając z nimi poszczególne elementy układanki składały się w pełniejszy obraz. Tu mieszczanie, tam kamienice, tu rycerze, tam wieże obronne, tu miłość, tam śmierć. Tu każda uliczka, kamienica, ma swoją historię, a nierzadko kilka bo kamienice, ulice, mury wyrastały na innych, wcześniej ułożonych kamieniach. Potem doszły legendy i moja miłość do Torunia wybuchła jak kwiaty magnolii na wiosnę. Nawiasem mówiąc często tu w Toruniu rosnących. Ponadto legendy jako formy opowieści idealne są do inscenizowania w skrzynkach retablo. Idealne miejsce do życia i pracy.
Daria: Dzięki legendom miasto nie jest tylko zbiorem zabytków, ale miejscem, w którym historia wciąż żyje. Bo każda cegła, każdy brukowany zaułek kryje jakąś opowieść. I bo czasem, gdy spacerujesz po Starówce o zmroku, masz wrażenie, że ktoś właśnie szepcze Ci do ucha kolejną tajemnicę…
M: Od tajemnicy do pomysłu, od kawałka papieru do bajkowej opowieści. Jak to się to wszystko wydarza?
Robert: Mamy wspólną pracownię, gdzie zazwyczaj razem pracujemy i rozmawiamy. Rano w saloniku, przy kawie, dzień zaczynamy rozmowami. Popołudniami często razem spacerujemy. Wszędzie dużo rozmów. Właśnie wtedy gdzieś pada problem, sprawa, istota, słowo czy postać. To wszystko odnajduję w baśniach Andersena. Czasami jest odwrotnie, tj. podczas czytania baśni, widzę współczesne mi sytuacje czy postaci. Znów rozmowy zmieniane powoli w moje opowiadania o nowej ilustracji, lalce, o nowej inscenizacji. Mąka, woda, szary papier. Najpierw przygotowuję tablice do ilustracji i buduję skrzynkę. Czasami proszę Darię o szkic ołówkiem na kartce i wieszam go na ścianie. Wygląd skrzynki, czyli scenki determinuje inscenizację, determinuje wybór baśni i tak od papierka na stole zbliżamy się do pełnej opowieści.


Daria: Dla mnie wszystko zaczyna się od obrazu. Zanim jeszcze powstanie historia, zanim Robert zacznie budować skrzynkę, ja już widzę fragmenty – kolor, kształt, światło. Może to być jakiś drobny szczegół w rzeczywistości, odbicie światła w szybie, stare zdjęcie, detal architektoniczny albo ilustracja, która zostaje mi w głowie na długo. Lubię te momenty, kiedy jeszcze nie wiem, czym coś się stanie – czy będzie scenografią, czy postacią, czy tylko inspiracją do zupełnie nowego świata.
Nasza pracownia jest jak żywy organizm, gdzie wszystko się przeplata – rozmowy, rysunki, szkice, ścinki papieru, notatki. Często zaczynam od prostego szkicu ołówkiem – coś, co rodzi się intuicyjnie, bez narzucania sobie konkretnej wizji. Robert wiesza te szkice na ścianie i stopniowo kształtuje wokół nich swoją opowieść. To taki moment, gdy obraz zaczyna spotykać się ze słowem.
Ale nie wszystko wiemy od razu. Pomysły rozwijają się w swoim rytmie, często ewoluują, zmieniają się, dojrzewają. Testujemy różne rozwiązania, czasem coś, co wydawało się świetnym konceptem, nie działa na scenie i trzeba szukać innej drogi. Praca nad spektaklem jest jak żywy organizm – pulsuje, oddycha, reaguje na to, co do niego wniesiemy. Nic nie jest sztywno ustalone od samego początku. To, co ostatecznie widzowie zobaczą na scenie, to efekt wielu prób, eksperymentów, niekiedy przypadków, które okazały się cennymi odkryciami.
Najpiękniejsza jest dla mnie ta chwila, kiedy ilustracja – czy to moja, czy lalki, które maluję – zaczyna żyć. Kiedy papierowe postacie przestają być tylko wyciętym kształtem, a nabierają wyrazu. Czasem Robert mówi, że lalki muszą coś „powiedzieć” i wtedy pracuję nad nimi długo, dopóki nie poczuję, że ta postać rzeczywiście żyje. Bo to, co robimy, to nie tylko teatr, ale przede wszystkim świat, w który chcemy wciągnąć widza – tak, by zapomniał, że to papier i farba.
Ta podróż – od pierwszego rysunku do gotowej opowieści – to droga pełna małych cudów. Zaczyna się od pustej kartki, od nieokreślonej idei, a kończy na spektaklu, który może przenieść kogoś w zupełnie inny wymiar. I właśnie to mnie w tym najbardziej fascynuje.



M: Czym zatem jest Dom Opowieści?
Robert: Po pierwsze jest dla mnie domem, który wspólnie budujemy z Darią. Domem, w którym spędzam tyle czasu ile tylko mogę – stałem się namiętnym domatorem. Jest też miejscem pracy, budowania lalek i snucia opowieści. Sądzę, że Daria tu więcej opowie…samo określenie Dom Opowieści to jej pomysł wymyślony kilka lat wcześniej.
Daria: To dom, o którym zawsze marzyłam. Dom, w którym mieszkają opowieści. Każdy kąt, każdy zakamarek tej przestrzeni wypełniony jest magią, którą tworzymy z Robertem i którą chcemy dzielić z innymi. To miejsce, które łączy wszystkie moje pasje – ilustrację, papierowe makiety, projektowanie, fotografię. Chciałam, by był to dom pełen wyobraźni, gdzie opowieści nabierają formy – nie tylko za pomocą słów, ale także obrazów, które mają moc opowiadania.
Obraz to mój środek wyrazu, najważniejszy sposób na to, by przenieść wyobraźnię na świat zewnętrzny. Każda fotografia, każdy kadr w moich pracach opowiada inną historię, pozwala wejść w inny świat. W Domu Opowieści z chęcią eksperymentuję, testuję nowe pomysły i techniki. Uwielbiam tworzyć małe, pełne detali sceny, które zmieniają codzienność w baśniową rzeczywistość.
Dom Opowieści to projekt, który cały czas rozwijam i który ewoluuje – zmienia się razem ze mną i z otaczającym nas światem. Każdy dzień przynosi nowe pomysły, inspiracje i możliwości.

M: Dziekuję naszym gościom za to że w swoim wypełnionym po brzegi tygodniu znaleźli czas, by powspominać i podzielić się swoją historią. To było niesamowite spotkanie!
Więcej informacji, trasy Teatru Miejsca i kalendarz spektakli odnajdziecie:
Facebook: Facebook Teatru Miejsca
Facebook: Facebook Dom Opowieści
Instagram: https://www.instagram.com/teatr_miejsca/

A oto co Robert i Daria polecają w swoich Kartach Dań. Dla duszy oczywiście:)



2 komentarze
Dziupla_wiedzmy Karolina 🪶
Dziekuje za rozmowę. Piekna opowieść prawdziwa rozpadająca serce i wyobraźnie💖 poczułam się jak bym siedziała przy stoliku ze swoją mała czarna kawka i słuchała 🤠🌿
Malgorzata Cudak
Bardzo się cieszę❤️ Chociaż dzielą nas odległości, to miło się spotkać przy wyobrażonym stoliku, trochę jakby w innym wymiarze. A goście opowiadali tak swobodnie, ciekawie i pięknie… Dziękuję za obecność❤️