Otwiera się w nowej karcie

Tajemnica rytuału Marzanny

Dawno temu, kiedy ludzie żyli w małych wioskach, ważne było, by mogli na sobie nawzjem polegać. Byli ze sobą mocno związani i od siebie nawzajem zależni. Potrzebował przecież pomocy sąsiadów przy żniwach ten, co zasiał całe pole zboża. Kto, jak nie sąsiad, miałby pomóc zreperować uszkodzony przez wichurę dach? W obliżu zagrożenia cała wioska jednoczyła się by stawić opór, a gdy nadszedł chudy rok, każdy mógł mieć pewność, że i dla niego wystarczy z ubogiego spichlerza. Spośród członków tej najbliższej społeczności przychodziło wybierać życiowego partnera.

Zdarzały się owszem niesnaski, nie każdy każdego dażył sympatią, ale nie było miejsca na chowanie urazy. Nie było miejsca na skostniałe myśli, ścięte lodem serca, zmrożonego nienawiścią ducha. Przed tym wszystkim miał właśnie wioskę chronić rytuał Marzanny.

Wszystko zaczynało się późną jesienią. Mądre staruszki, na sobie tylko znany sygnał, gromadziły się na polach, w towarzystwie młodych adeptek. Kobiety wspólnie zbierały pozostałe na polu po żniwach kłosy zboża i wyplatały z nich olbrzymią postać Marzanny – starej, złej Pani Zimy. Potem odziewały ją w łachmany i uwiązywały w stodole tak, żeby nie mogła nawet drgnąć. Już od małego każde dziecko znało przestrogę, żeby uważać na Marzannę, żeby trzymać się od niej z daleka, żeby jej czasem niechcący ze stodoły nie wypuścić. Jeszcze by zaczęła się szwędać między ludźmi, jeszcze by swoim lodowatym palcem ludzkiego serca dotknęła. Jeszcze by wiosna nie przyszła…

Wczesną wiosną, kobiety ponownie gromadziły się na sobie tylko znany sygnał, tym razem przy stodole. W atmosferze ogólnej wrzawy, wśród głośnych krzyków i tupaniany, rozwiązywano Marzannę z zimowych pęt i ruszano z nią na czele w barwnym korowodzie przez wieś. Do pochodu wkrótce dołączali pozostali mieszkańcy, ruszały przyśpiewki i wspólne muzykowanie. O, jak wyraźnie czuć było w powietrzu wiosnę! Wiosna przejmowała swoje panowanie nad światem i wiosna napełniała ludzkie serca. Wzbierało w ludziach przemożne przekonanie, że Marzanna nie ma już nad nimi władzy, że mróz już im nie zagraża.

Kiedy pochód mijał ostani dom, gospodarstwo, pole, kiedy rozkrzyczanym korowodem docierał na sam skraj wioski, tam podrzucano Marzannę do góry. Podrzucano ją wysoko i jeszcze wyżej, a z suchych kłosów sypały się na ziemię ziarna. Sama Marzanna rozsypywała się na setki kawałeczków i upadała na ziemię, w glebę. Ptaki i zwierzęta pożywiały się tym ziarnem i niosły je w cztery strony świata. Reszta pozostawała w ziemi, żeby wkrótce zakiełkować.

Ze zboża, które wyrosło z Marzanny pieczono specjalny chleb – taki, który potrafił uleczyć ból serca, ożywiał i rozgrzewał. Spożywano go w czasie zaślubin na początku wspólnej drogi, kładziono przed skłóconymi dla pojednania.

Już nasi przodkowie wiedzieli, że w samym środku zimy, ziarno nie ginie, ale trwa, czeka, przygotowuje się. W samym środku tego co trudne i co boli kiełkuje nasionko, które jest święte. To z niego powstanie chleb, wypłynie ciepło, narodzi się nowe życie.

To wszystko jest w nas.

Zostaw pierwszy komentarz