Otwiera się w nowej karcie

Szczęście do kolorów

Rozmowa z Sarą Dziubką

z cyklu

Stoliczku nakryj się

Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.

Stoliczku nakryj się logo

Małgosia: Dzień dobry Saro. Kawa czy herbata?

Sara: Wolałabym kawę z mlekiem i cukrem, ale ani kawa, ani mleko, ani cukier mi nie służą, dlatego wybieram to, co woli mój brzuch: herbatę :)

M: Twój ulubiony deser to…

S: Kiedyś bez wahania wybrałabym tiramisu, ale na tym etapie życia: brownie z fasoli.

M: W ubiegłym roku ukazała się Twoja książka „Kolory pełne uczuć.” Co kryje się w jej wnętrzu?

S: Kolory w ciele bohaterów – z oczami, ustami, wyrazem twarzy. Z własnym charakterem, upodobaniami i talentami. Każdy z nich ma jakąś misję do spełnienia. Wspólnym celem ich wszystkich jest pokazanie – na podstawie poszczególnych historii – jak odnaleźć siebie, swój rytm i własną wrażliwość w świecie emocji, sięgając do całej ich palety. Nie tylko tych przyjemnych.

M: Kiedy i jak zrodził się ten pomysł?

S: Odkąd pamiętam, zawsze przyjaźniłam się z kolorami. Korzystałam z mocy pomarańczu, gdy potrzebowałam dawki energii, zatapiałam się w widoku błękitnego morza, kiedy ogarniał mnie smutek i potrzebowałam w nim pobyć. Kiedy wspominam ważne sytuacje z przeszłości, każda z nich ma jakiś kolor – tak je odczuwam. Dla mnie kolory zawsze były w pakiecie z emocjami. Chciałam pokazać dzieciom, rodzicom i nauczycielom/terapeutom, że tak też można i że to wiele ułatwia, gdy próbujemy zindentyfikować własne odczucia. Pomaga to też o nich opowiedzieć.

M: Jak się ten pomysł rozwijał i jak powstawała książka?

S: Pomysł rozwijał się bardzo powoli przez około dwa lata, bo był to bardzo wymagający czas, kiedy mój syn krok po kroku adaptował się w przedszkolu i łapał wszystkie możliwe infekcje. Byłam wtedy mocno skupiona na jego potrzebach, ale jednocześnie wizja tej książki była dla mnie bardzo klarowna i pociągająca. Czułam, że po prostu musi powstać. Sklejałam więc te wszystkie strony ze skrawków wolnego czasu, kiedy wreszcie mogłam spisać to, co kiełkowało całymi dniami. Każdy kolejny, ożywiony słowem i pędzlem bohater dawał mi wiarę, że się uda.

M: Sara kontra pusta kartka – lub też czyste płótno – czyli jak przebiega Twój proces twórczy?

S: Mam nawyk gromadzenia pomysłów – te najlepsze przychodzą w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Staram się je notować. Później przez jakiś czas przyglądam się im z każdej strony. Badam i sprawdzam, czy po kilku dniach nadal wydają mi się tak dobre. Rozwijam je w głowie, tworzę dodatkowe notatki albo szkice i sprawdzam, czy dobrze rokują. Dopiero kiedy jestem pewna, że nadal mam w sobie wystarczająco dużo zapału do nich, zaczynam działać z pełnym zaangażowaniem. Nigdy jednak nie tworzę na wstępie dokładnego planu – to popsułoby mi zabawę. Wystarczą dobre rokowania i duża dawka energii. Jestem więc gdzieś pomiędzy pracą według planu/projektu, a improwizacją.

M: Czy masz swoje ulubione formy i środki wyrazu?

S: Nie mam jednej i w końcu się z tym pogodziłam. U mnie malowanie zawsze konkurowało z pisaniem. Czasem upierałam się, że muszę coś wybrać, ale nigdy do tego nie doszło. Dzisiaj już nie walczę, próbuję to łączyć.

M: Tworzenie analogowe czy cyfrowe?

S: Analogowe! Spisuję ręcznie wszystko, co możliwe – plan dnia, listę zakupów, pomysły na książki i na życie, wiersze i opowiadania. Szkicuję też ręcznie. W komputerze tylko nadaję ostateczną wersję.

M: Zdradzisz nam swoje tajemnice portretowania?

S: Mam takie wewnętrzne przekonanie, że każdy ma ,,to coś” w swojej twarzy. Czasem dostaję zdjęcie i wiem (nawet jeśli nie znam tej osoby), że zupełnie nie pokazuje ono prawdy, której szukam. Wtedy proszę o wykonanie zdjęcia według mojej koncepcji i zazwyczaj okazuje się, że odsłania się urok tej osoby, który gdzieś w mojej głowie już był, ale potrzebowałam go zobaczyć w połączeniu z konkretnym wyrazem twarzy. Mogłabym to chyba nazwać intuicją, ale taką przypisaną do pokazywania ludzi w ich naturalnym świetle pochodzącym z wnętrza.

M: Co, poza portretami, lubisz malować?

S: Lubię abstrakcję. Ona daje mi okazję do tego, żeby całkowicie odpuścić kontrolę i w sposób jeszcze bardziej czujny podążać za światłem i kolorem. Często słyszę, że malarstwo abstrakcyjne jest trudne w odbiorze, że ,,trzeba się na nim znać”. A ja myślę, że trzeba je przede wszystkim czuć, pozwolić sobie na to. I to jest faktycznie trudne, bo tak często przecież uciekamy od czucia, że w konfrontacji z abstrakcją możemy poczuć się bezradni.

M: Malarze i malarki, których twórczość Cię inspiruje…

S: Henri Matisse, James Whistler, Johannes Vermeer, Olga Boznańska, Władysław Hasior, Edward Hopper i wiele, wiele innych.

M: Lubisz literaturę wszelaką. Czy możesz polecić nam książki dla dorosłych, ale… z dziecięcej półki?

S: Uwielbiam serię o Franklinie. Ona naprawdę koi serca, nie tylko dziecięce. Na szczęście mój syn ją uwielbia, więc czytamy bardzo często i każde z nas ma z tego frajdę. Dorzuciłabym jeszcze Wierszyki domowe Michała Rusinka i Naszą mamę czarodziejkę Papuzińskiej. Dostaję też wiadomości od rodziców czytających moją książkę, że jakaś historia bardzo mocno ich poruszyła. Bardzo mnie to cieszy, bo taki był mój cel.

M: Lubisz też wierszować. O czym najchętniej?

S: Zaczęłam pisać wierszyki, kiedy mój syn był bardzo mały (1,5 roku) i widziałam, jak świetnie na nie reaguje. Układałam je pod niego, bo trudno mi było znaleźć książkę ze zbiorem, który nadawałby się dla maluchów i jednocześnie niósł jakąś wartość poetycką. Sklejałam więc wierszyki o naszej codzienności w Warszawie. O prostych rzeczach, które mogą stać się wielkim wydarzeniem, jeśli spojrzymy na nie oczami malucha, z dużą ilością wyrażeń dźwiękonaśladowczych i odpowiednim tempem. Na przykład ten poniżej – Dzień Matki w nieco szalonej wersji.

Maktodzień

Dzisiaj wszystko jest na MA

Mamma mia mamma ma

Mandarynki mamalinki

Mamy zgrywy

Malediwy

Mamto tamto i owamto

Matko to i mamkoowo

Nie Bemowo, lecz mamowo!

Mamby samby

Mamy lamy

Mamce, harce i szturchańce

Nie Ala ma kota, lecz MA kota Ala

Ma od ma się nie oddala

Mamcia Francia

Matka bratka,

Marka, Tadka, Witka, Waldka

Ster ma mama – master mama!

Albo hiper mama gama

Ma domaga się wciąż ma

Goni ma na łeb na szyję

Ma za ma się ciągle kryje

Wszystko dzisiaj jest na MA!

I swój wierszyk mama ma!

M: Cudny wierszyk! Dziękuję i przekazują go w Twoim imieniu wszystkim mamom, żeby się uśmiechnęły do swojej codzienności. A jak wygląda Twoja codzienność?

S: Wielka niewiadoma, którą staram się witać z otwartymu ramionami, choć czasem mam ochotę skryć się przed nią pod kołdrą. Bycie coraz bardziej sobą – w macierzyństwie, w pracy szkolnej, w twórczości, w relacjach. Dążenie do uważności w zwyczajnych momentach, docenianie tego, co już jest i uśmiechanie się na myśl o tym, co będzie. Wybaczanie sobie i innym.

M: Kilka słów o pracy w szkole…

S: Zawsze zarzekałam się, że nie będę pracować w szkole… No i jestem :) Po ostatnich doświadczeniach pracy w redakcjach/reklamie, czuję ogromny przypływ energii, którą daje mi właśnie kontakt z dziećmi, ich spontaniczność, autentyczność. Bardzo mi tego brakowało. Zatęskniłam za prowadzeniem zajęć i wróciłam w odpowiednim momencie, mając dodatkowe doświadczenie bycia mamą. To pozwala mi też lepiej rozumieć rodziców. Niekoniecznie jestem zachwycona polskim szkolnictwem, ale niezmiennie zachwycają mnie dzieci i staram się, żeby ten pierwszy kontakt, jaki mają ze sztuką na plastyce był jak najlepszy. 

M: Jakiego koloru jest szczęście?

S: Zapytaj moich kolorowych bohaterów. Każdy będzie reklamował siebie i każdy będzie miał rację. Może być ciepłe jak popołudniowe słońce, ale równie dobrze może mieć odcień niebieskich jeansów, które razem z nami dokonały czegoś niezwykłego. Ja mam dużo szczęścia…do kolorów (wszystkich!)

M: Przypomniałaś mi właśnie pewnien film, w którym bohater wyrusza w podróż na poszukiwanie szczęścia, by odkryć, że… nie ma na nie prostej, jednoznacznej recepty. Że składa się na nie radość i smutek, euforia i spokój, wraz ze wszystkimi odcieniami. Dziękuję Ci bardzo za to przypomnienie oraz za niezwykle barwną rozmowę:)

Więcej na temat naszej rozmówczyni i jej twórczości można znaleźć na:

https://www.instagram.com/siasiasieje

https://www.facebook.com/portretydzieci

a jej książkę na:

https://psychologiadziecka.org/bajki-dla-dzieci/kolory-pelne-uczuc

A oto co Sara poleca w swojej karcie dań. Dla duszy oczywiście:)

2 komentarze

  • Cudna rozmowa a wierszyk Maktodzień przeprzeprzecudowny. Dziękuję za wspaniałą wspólną kawkę. Pozdrowienia dla gospodyni i gościni spotkania. Miłego czy MAłego dnia.

    • A

      U mnie dzisiaj herbatka. Miło się spotkać, posłuchać i trochę powierszować. Swoją drogą niezły łamacz języka nam Sara zaserwowała:) Pozdrawiam ciepło. Pięknej majówki.

Zostaw swój komentarz