Otwiera się w nowej karcie

Błękitny Ptak

Rozmowa z Karoliną Święcicką

z cyklu

Stoliczku nakryj się

Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.

Stoliczku nakryj się logo

Małgosia: Wolisz kawę, czy herbatę?

Karolina: W teorii – zieloną, zdrową herbatę. W praktyce- czarną jak szatan kawę, z miodem. Wypiję każdą ilość.

M: Ulubiony deser…

K: Nie lubię deserów. Ale postaw przede mną śmierdzący ser lub sałatę z dobrym sosem – a przepadnę.

M: Voila, czarna jak szatan kawa jest, miód także. Zacznijmy nasze spotkanie od tytułowego Błękitnego Ptaka…

K: Błękitny Ptak to wiersz Charlesa Bukowskiego. Opowiada o niebieskim ptaszku mieszkającym w sercu człowieka. Człowiek ten nie chce się przyznać że go ma – zalewa go whisky, zatruwa dymem z papierosów, boi się że ptaszek może zaszkodzić jego reputacji, odsłonić miękkie podbrzusze. A jednak nie pozwala mu całkiem umrzeć; nocą wypuszcza go na wolność. I siedzą tak razem po nocach, pozwalają sobie na wrażliwość, popłakują. To baśń dla dorosłych – o naszym talencie, czymś co czyni nas podatnymi na zranienie a jednocześnie jest istotą tego czym jesteśmy. To coś co w sobie kochamy a jednocześnie przeraża nas wizja pokazania tego światu. Często wykorzystuję ten wiersz podczas warsztatów pisarsko- terapeutycznych. Wyobrażamy sobie: Co dla nas jest niebieskim ptakiem? Jak byśmy się czuli gdybyśmy mogli go wypuścić?

M: Nie mogąc go w sobie odnaleźć, lub z siebie wypuścić – chorujemy. Z pomocą może przyjść arteterapia, czyli terapia sztuką. Na czym ona polega, dlaczego działa?

K: Najprościej rzecz ujmując, arteterapia to uprawianie sztuki nie ze względu na talent, lecz ze względu na to co nam ten kontakt ze sztuką robi w środku. To sposób aby dotrzeć do siebie bez pomocy słów. Słowa są fajne, ale też dają nam pewną kontrolę. A czasami dobrze nie mieć tej kontroli. Lub przetłumaczyć emocje na inny „język”- muzyczny, plastyczny, ruchowy. Nie zawsze potrafimy słowami oddać to co siedzi nam w środku. Arteterapia uważana jest za wspomagające narzędzie dla psychoterapii. Wierzymy, że każdy człowiek ma w sobie wszystkie zasoby i narzędzia potrzebne do tego by dokonać zmiany jakiej pragnie. Że jest jak okręt- z olinowaniem, żaglami i tak dalej. Terapeuta jest tylko wiatrem, mówiąc metaforą Miltona Ericksona 😉

M: Kim był Milton Erickson? Czym zajmuje się Instytut Ericksonowski?

K: Milton Erickson był amerykańskim psychoterapeutą i psychiatrą. A także opowiadaczem – można powiedzieć że baśnioterapeutą. Historie, metafory, przypowieści- to były narzędzia jakie stosował wobec podopiecznych. Instytuty Ericksonowskie zajmują się psychoterapią oraz szkoleniem terapeutów w nurcie ericksonowskim. Ja byłam tam na warsztatach o pracy z metaforą. Pisaliśmy sobie nawzajem baśnie, interpretowaliśmy też te klasyczne. Patrzenie na bajki z perspektywy psychologicznej może być wciągające. Na przykład taka Śpiąca Królewna i jej rodzice. Nagle okazuje się, że pewnie byli biedakami- bo czemu nie mieli trzynastu talerzy? Albo, że królewna musiała doczekać do dorosłości aby spotkać się z psychoterapeutką- trzynastą wróżką- i przepracować braki z domu 😉

M: Kto kryje się za tajemniczo brzmiącą grupą Arte?

K: Grupa Arte to osoby, z którymi studiowałam arteterapię. Banda pozytywnie zakręconych dziwaków, rozumiejących się mimo że jesteśmy z zupełnie innych bajek: pokoleń, krajów, półek finansowych. Nasze zajęcia odbywały się warsztatowo- co znaczy, że większość technik poznawaliśmy na własnej skórze. To uczyniło z grupy studenckiej niejako grupę terapeutyczną. Bo co chwila rozpruwała się komuś sekretna kieszonka z uczuciami, a reszta pomagała mu się pozbierać. Spotykamy się do dziś. Trochę żeby wrócić do klimatu studiów, trochę jako nieoficjalna superwizja. Jestem bardzo wdzięczna za te spotkania.

M: Na swojej stronie oferujesz różnorodne warsztaty w oparciu o własne, autorskie programy. Czego się można po nich spodziewać?

K: Przede wszystkim zabawy, taką mam nadzieję. Poczucia dobrze spędzonego czasu ze sobą. Ale też, podczas rozmaitych pisarskich i niepisarskich doświadczeń, można przepracować różne sprawy. Poczuć się lepiej ze sobą, po prostu. Nauczyć się regulować nastrój czy zmniejszyć swojego wewnętrznego krytyka i ośmielić się do czegoś. Odnaleźć w sobie kreatywność- bo każdy w jakiś sposób jest osobą twórczą. Można przecież nawet zupę pomidorową gotować tak „aby było co do gardła wlać” lub tak, aby była to niepowtarzalna potrawa. W marcu będę prowadzić kurs dla seniorek i seniorów na temat pisania wspomnień. Podczas nauki organizowania sobie pracy, gromadzenia materiałów i przywoływania wspomnień, będziemy też przerabiać różne uczucia, doświadczenia z przeszłości; zmieniać nasze podejście do tego co teraz i w przyszłości. Rysować linię życia aby zobaczyć jak bardzo jesteśmy bogaci, słuchać utworów muzycznych i wizualizacji aby dostrzec nowe możliwości. Bo zawsze są jakieś możliwości i zawsze zmiana jest możliwa. Dostrzeżenie tego to czasem właśnie jest to czego potrzebujemy gdy przygniata nas proza życia.

M: A to nie wszystko. Odbyły się już dwa turnusy kobiecego pisania nad jeziorem…

K: To są bardzo fajne spotkania. Twórcze, kameralne, dużo jest na nich rozmów ale i wspólnego chichrania się przy stole. W kobiecych grupach jest inna energia – jakaś magia, bliskość. Kiedyś dużo więcej czasu spędzałyśmy razem- na wyplataniu, szyciu, robieniu przetworów i tak dalej. I chyba nam tego brakuje. Mam świetny dom nad jeziorem, więc można też sobie popływać w ramach hydroterapii 😉

M: Porozmawiajmy o Twoich książkach. Pierwsza powstała we współpracy z Jackiem Santorskim…

K: Wydaliśmy razem poradnik „Wskazówki na dobre i złe czasy”- trochę dla matek a trochę dla menagerów. Jacek Santorski został mi zesłany przez los 😊 Byłam wtedy w ciąży z moim trzecim dzieckiem. Nie przedłużono mi kontraktu w Newsweeku. Stanęłam na rozdrożu. Miałam 33 lata, wiek chrystusowy – kryzysowy, nie wiedziałam czego szukać zawodowo i jak w ogóle w szóstym miesiącu ciąży znaleźć pracę. Zawsze chciałam pisać książki, ale to wydawało mi się za trudne, osiągalne jedynie dla inaczej skonstruowanych umysłów niż mój. Tydzień po tym jak straciłam pracę Jacek zadzwonił do mnie i zaproponował napisanie poradnika. Znaliśmy się wcześniej o tyle, że przeprowadziłam z nim kilka wywiadów, a on był z nich zadowolony. Zaskoczona zaczęłam się jąkać. Powiedziałam, że jestem w ciąży. Znakomicie, odparł on, będziesz pilnować terminów. Nigdy nie napisałam książki, przyznałam się do kolejnej moim zdaniem wady, a Jacek na to: pisanie książki? Toż to bułka z masłem. I tak było 😊 Ta współpraca odczarowała dla mnie ten temat, była nauką w praktyce jak proste jest pisarskie rzemiosło. Opracowaliśmy najpierw tematy, w oparciu o „Dezyderatę”- to poemat Maxa Ehrmanna o dobrym życiu, znany w Polsce dzięki Piwnicy Pod Baranami. Podzieliliśmy to na rozdziały. I co tydzień pisaliśmy rozdział. Ja bardzo pilnowałam terminów. Poprawki redakcyjne nanosiłam leżąc w hamaku, z ogromnym brzuszyskiem, dwa dni przed porodem.

M: Później ukazały się jeszcze Twoje powieści i zbiory bajek, a w ostanim czasie na świat przyszedł „Mały Li” i o niego chcę właśnie zapytać. To wyjątkowy projekt z wielu powodów, rzede wszystkim tematyka jaką porusza…

K: Tak, to książka bardzo dla mnie ważna. To rozwodowa powieść akcji. Powstała dla synka mojej przyjaciółki, która przechodziła przez paskudny rozwód. Jej syn – tak jak Paweł z mojej książki- nie radził sobie z tą sytuacją. Kiedyś wyznał mamie, że nie chce być dzieckiem. To straszne usłyszeć coś takiego z ust ośmiolatka. Dzieciństwo powinno być najlepszym okresem w naszym życiu. Napisałam tę historię według zasad bajkoterapii – tak aby dzieci mogły się skupić na innych sprawach niż trudy rozwodu. Więc dla małego czytelnika to po prostu powieść przygodowa. Pisałam ją będąc z dziećmi nad morzem. Co wieczór czytaliśmy jeden rozdział, oni szli spać a ja na balkonie dopisywałam kolejny rozdział na jutro bo tak im się podobała ta historia. Do Pawła w mojej książce przychodzi mały elf, Li. Okazuje się, że z perspektywy elfa życie dziecka jest wspaniałe- nawet takie pełne kłopotów. Choćby dlatego że ma się rodziców i można nie być przez cały czas radosnym. Okazuje się też, że elfy w wyjątkowych sytuacjach mogą zostać przemienione w dzieci. Do tego jednak potrzebna jest pomoc prawdziwego dziecka i.. świętego Mikołaja. Przypadek sprawia, że Paweł poznaje na swojej drodze kogoś kto wygląda jak święty Mikołaj. No i zaczyna się dziać 😊

M: Książkę zilustrowała Twoja córka…

K: Poprosiłam ją o to bo była w totalnym dołku psychicznym. Martwiłam się o nią i nie wiedziałam jak ją z tego dołka wyciągnąć. Wiedziałam za to, że kiedyś lubiła rysować i naprawdę pięknie rysuje. Ja, mówiąc szczerze, również byłam wtedy w dołku bo od lat zmagam się z depresją. Można oczywiście żartować sobie – co często robię- że wszyscy najlepsi bajkopisarze chorowali na depresję – na przykład Christian Andersen czy Astrid Lindgren- ale prawda jest taka, że trudno żyje się z tą chorobą. Wydanie tej książki było dla nas obu takim projektem terapeutycznym, tunelem do wyjścia z mroku.

M: Twoje poprzednie książki ukazały się nakładem wydawnictw tradycyjnych, tu spróbowałyście swoich sił w self-publishingu.

K: „Mały Li” to była pierwsza książka, którą wydałam jako samowydawca. Nie chciałam nikomu powierzać tak „wrażliwego” projektu. Wydałyśmy ją na portalu Amazon.pl gdzie można ją kupić.

M: Jak oceniasz to doświadczenie?

K: To zależy od tego czego się oczekuje. Dla mnie to była duża przygoda. Bardzo miła. Sukcesem było już samo wydanie- jestem nietechnicznym dinozaurem, musiałam przełamać te swoje nietechniczności. Miałyśmy trochę potknięć po drodze. Kiedyś okazało się że ilustracje straciły rozdzielczość z powodu zbyt wielu poprawek. No i dramat – nie dało się ich użyć do druku. Napisałam wtedy o tym post i w ciągu dwóch godzin zgłosiła się graficzka – nieznana osoba- która na moim Instagramie obserwowała nasze wydawnicze zmagania. Poprowadziła młodą przez telefon. Dużo osób nam wtedy tak pomagało. Wgrywałam tę książkę na Amazon pod komendą Magdy Mutlu, pomagającej samowydawcom. Magda mieszka w Stambule. Ja w Warszawie. Kontakt miałyśmy przez Skype’a. Aby zobrazować mój poziom techniczny – nawet nie wiedziałam który guziczek wcisnąć aby udostępnić jej mój ekran. Miała na serio dużo cierpliwości. Dla mnie momentami ten proces był jak lot w kosmos.

Plusem jest to, że samodzielnie wybiera się ilustracje, okładkę- w wydawnictwach nie ma się na to wpływu. A tutaj możesz mieć tak jak ci się podoba. To jest fajne.

Natomiast jeśli ktoś liczy na efekt finansowy to powinien mieć nie tylko zdolności pisarskie ale też talenty marketingowe i reklamowe. Albo znane nazwisko. Tu muszę przyznać, że w kwestii nagłośnienia wiele bookstamerek nas wtedy wspierało, pisały o naszej książce. Bardzo im jestem wdzięczna.

Już są!!! Sprawdźcie sami na Empiku

M: Z tego co wiem, szykują się kolejne wydawnicze projekty. Możesz coś nam już coś na temat zdradzić?

K: Och, mam tak dużo pomysłów, że sama nie wiem o czym opowiedzieć. „Baśniowe mikstury” wydałam kiedyś w klasycznym wydawnictwie. Teraz wróciły do mnie prawa autorskie i wydaję je ponownie, sama – z ilustracjami jakie sobie wymarzyłam, takimi trochę jak od Marcina Szancera lub Ilon Wikland, ilustratorki Astrid Lindgren. Moją graficzką jest Patrycja Bryszewska, jedna z dziewczyn z grupy Arte.

M: Jak smakują „Baśniowe mikstury”?

K: Słodko, oczywiście, jak większość syropów dla dzieci 😉 To bajki terapeutyczne dla najmłodszych. Dużo w nich czarów, smoków, gadających zabawek, latających balonów. Zasada przy tworzeniu bajek terapeutycznych jest taka, że z magią można szaleć wedle upodobania. Za to rozwiązanie problemu- nieśmiałości, strachu, wybuchów gniewu czy nieumiejętności stawiania granic– musi być realne. Dziecko nie spotka przecież czarodzieja w prawdziwym życiu. Nikt nie daje nam magicznych różdżek przy narodzinach. Magia i dziwne stworzenia działają zatem jak słodzik w syropie.

M: A poza tym?

K: Jestem w trakcie publikowania powieści „Taniec z przeszłością”, do której także odzyskałam prawa. Wcześniej wydał ją Świat Książki. O winach przodków, dziwnych ludzkich sposobach na radzenie sobie z przeszłością, z lekkim wątkiem romantycznym w tle. Ta książka też jest dla mnie ważna, inspirowana była pamiętnikami mojego dziadka, który z rodziną został zesłany na Syberię.

Mam też w szufladzie rosnącą liczbę baśni terapeutycznych dla dorosłych, którymi chcę się zająć na poważnie. Mało jest fajnych, współczesnych baśni do pracy z dorosłymi.

Chcę też wydać całkiem nową powieść, która na razie jest jeszcze takim Błękitnym Ptakiem- nie wiem czy jest wystarczająco dobra aby ją wypuścić.

Przygotowujemy też drugą część „Małego Li”, pod tytułem „Elfie Dzieci”. Tym razem będzie o rodzinie patchworkowej. Mówiąc szczerze, prace nam się okropnie przedłużają. Moje dziecko ma już swoje sprawy, jest zajęte. To mnie cieszy bo oznacza że wyszło z mroku, jednak trudno znaleźć czas na rysowanie. Z drugiej strony, młoda nie chciała oddać tych ilustracji komuś innemu. I tak w tym tkwimy. Mam nadzieję, że w tym miesiącu uda nam się skończyć oprawę graficzną do tej drugiej części. Wszystkie książki będą na portalu Empiku lub Amazon.

M: Krok po kroku, krok po kroczku… idą święta. Jak w Waszym domu wyglądają do nich przygotowania?

K: Od lat nie przygotowujemy prezentów poza jednym- dla całej rodziny kupujemy bilety na jakieś wyjście. Jeszcze nie ustaliliśmy, co to będzie w tym roku ale już się cieszę na myśl o kupowaniu. Poza tym, to będzie dla nas trudna wigilia. Pierwszy raz bez taty w komplecie. Jesteśmy w trakcie rozwodu. Staram się aby było w miarę tak jak zwykle. Ale jednak ta pustka będzie, a „razem” nigdy nie będzie już oznaczać tego co kiedyś. Dzieci to przeżywają. Choć na szczęście nie tak mocno jak Paweł z „Małego Li”. Ale cóż, takie jest życie: relacje się zmieniają.

M: Chciałabym złożyć Wam życzenia, ale każde słowo wydaje mi się za małe. Dlatego zapytam, czego Ty życzysz sobie i swojej rodzinie na nadchodzący rok?

K: Miłości. Przyjaciół. Zdrowia. Poczucia, że życie ma sens i smak. Tego wszystkim życzę, nie tylko własnej rodzinie.

M: Dziękuję Ci Karolino za tę rozmowę. Zaś wszystkich, którzy czują niedosyt odsyłam do miejsc w sieci, gdzie można dowiedzieć się więcej o Tobie, Twoich warsztatach, znaleźć Twoje książki.

A oto co Karolina poleca w swojej karcie dań. Dla duszy oczywiście:)

Zostaw pierwszy komentarz