Otwiera się w nowej karcie

Pracownia Poezji

Rozmowa z Rozalią Gołaszewską

z cyklu

Stoliczku nakryj się

Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.

Stoliczku nakryj się logo

Małgosia: Witaj Rozalio. Tradycyjnie, wolisz kawę czy herbatę?

Rozalia: Kawę! 😊 I to najlepiej z pianką ( choć porządna, gorzka też ma swój urok, szczególnie do słodkich ciast )

M: Ulubiony deser?

R: Hm… z tym będzie troszkę trudniej! Jestem miłośniczką wszystkiego, co słodkie. Idąc za pistacjowym trendem, który rozhulał się ostatnio po całym świecie, powiedziałabym, że tarta pistacjowa, albo cokolwiek z kremem przygotowanym z tych orzeszków.. Aczkolwiek, nie pogardzę sernikiem, czy bezowym dacquise’m. Uwielbiam babciny tort orzechowy i maślane ciasteczka! Mam takie swoje określenie na ulubioną konsystencję i to chyba odnosi się nie tylko do pokarmów, ale w ogóle do całego mojego życia. Szukam GĘSTOŚCI. Kiedy coś jest gęste ( a dokładnie nie wiem o co mi chodzi, kiedy o tym mówię… Pewien rodzaj satysfakcji? Może… Słodyczy? Intensywności wrażeń? ) W każdym razie.. Kiedy coś jest gęste, to jest to co mnie zachwyca! Pewność, że jak posmakuję, nie będę zawiedziona… I to tyczy się również deserów „lekkich jak chmurka” mogą mieć ten właśnie rodzaj „gęstości”, prawdy w swoim smaku, zapachu, wyglądzie, która mnie pociąga…

Naprawdę ta gęstość jest czymś wspaniałym! Z ludźmi jest tak samo.. Spotykamy czasem ( albo nawet i często) tych gęstych, z którymi obcowanie to fascynująca przygoda odkrywania głębi ich całości, wnętrza i wierzchu.

Już się rozgadałam, a miało być o deserze…

Spróbuje na takim przykładzie.. Jeśli miałabym do wyboru, szarlotkę, czy jabłecznik, wybrałabym szarlotkę, bo ona jest właśnie gęsta, jabłecznik tylko udaje ciasto z jabłkami 😉

M: Była to rzeczywiście najgęstrza odpowiedź na pytanie o deser;) I niezwykle poetycka. No właśnie, czym dla Ciebie jest poezja?

R: Poezja jest dla mnie brzmieniem mojej duszy. Jest pytaniem i odpowiedzią na wszystko czego doświadczam. Jest rzeczywistością bardziej niż to co rzeczywiste. Jest utkana z nas, z najzwyklejszej codzienności i tego co odświętne. Poezja jest harmonią, wewnętrznym spoiwem zewnętrznego pędu. Jest materią i tworzywem. Poezja jest wszystkim i jest w każdym z nas. Nie ogranicza do siebie dostępu. Poezją może być jedno słowo. Jest określaniem, próbą nazwania uczuć za pomocą słów.. i to dlatego tworzymy tak przeróżne metafory. Ona jest imieniem, prawdziwym, ale też tym niedosłownym. Dlatego jest tak różnorodna. Możemy się nie zgadzać z czyimiś „pomysłami” na poezję i to jest piękne.. Tutaj oczywiście rodzi się pytanie czy można tak we wszystkie strony, gdziekolwiek i jakkolwiek? Oczywiście, moje określenia dotyczące „piękna” i „prawdy” są ściśle zjednoczone z etyką chrześcijańską i podstawami ogólnej moralności człowieka, która, moim zdaniem nie podlega zmianom i nie jest tylko ważna dla określonej religii. Jest jedno piękno i jedna prawda, która powoduje w człowieku pewien stan emocjonalno-duchowo-fizyczny. To, kształtujące się w nas dobro, budzi się w kontakcie z pięknem. Dobro jest jedno i tylko w jeden sposób można je rozumieć.. Jeśli więc poezja mieści w sobie odrębność i różnorodność wynikającą z odmienności ludzkich charakterów, może nam nie pasować, może być trudna do przyjęcia.. Poezja to nie tylko ładne zapachy, to co przyjemne i miłe.. Poezja to różnorodność emocji.. Nic dziwnego że Zbigniew Herbert zachwycał się „wahającą się” Nike.. To co jest przedmiotem poezji, zdumiewa często samych poetów, nas samych zaskakuje.. nie zawsze jest zrozumiałe.. Ale budzi się nagle, jak potrzeba oddechu, w tym właśnie momencie.. I nagle już się dzieje, podlega procesowi tworzenia.. Nagle już jest.. Poezja…

M: Po jakich autorów najchętniej sięgasz?

R: Podstawą dla mojego rozwoju poetyckiego jest Karol Wojtyła ( szczególnie jego Pieśń o Słońcu niewyczerpanym…) To przykład poezji, która nie tylko kształtuje mnie jako poetkę, ale również koi moją duszę… Zachwycam się twórczością, wspomnianego wyżej Zbigniewa Herberta, oraz Romana Brandsteattera.

Co kluczowe… uwielbiam klasyków i naszych polskich wieszczy. Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki.., Kamil Baczyński i Cyprian Kamil Norwid.

Może, aż wstyd się przyznać, ale tymi właśnie, przerabianymi w szkole poetami kieruję się najbardziej. Pewnie dlatego, że w ogóle poezja, jest dla mnie dziwną przyjaciółką.. Jako autorka korzystam z niej i tak jak mówiłam wcześniej, uważam, że jest niezbędną przestrzenią życia.. Sama jednak wcześniej nie czytałam za wielu poetów. Poezja każe się zatrzymać, a ja lubię biegać.. Poezja jest wymagająca, a ja często (niestety) jestem jak ten mały, niecierpliwy „szałaput”. Myślę, że moja droga z poezją, to tak jakby posługiwać się jakimś językiem. Zaczęłam mówić w tym języku, całkiem automatycznie, mimowolnie, jakby był we mnie od zawsze.. Nie starałam się zostać pisarzem, czy poetką. Zawsze tego potrzebowałam.

M: O czym w swojej poezji mówisz? Co Cię porusza, „zmusza” do pisania?

R: Mój rekord, to napisanie około pięćdziesięciu/ sześćdziesięciu wierszy w półtorej godziny.. To było trudne już pod koniec, ale, o dziwo, wiersze były różne, odmienne, każdy miał swoją przestrzeń i oddech.

O czym piszę?

O wszystkim.. O kawie, o emocjach, o słodkim o słonym, o ludziach i relacjach, o pogodzie, o naturze. Jest jednak jeden motyw, który jest dla mnie ważnym spoiwem i często się przeplata. Przez to że traktuję poezję, jako język mojej duszy, często zwracam się do Boga w poezji.. Muszę przyznać, że poezja jest moją formą modlitwy, a już jakoś tak mi się zrobiło, że w relacji z Bogiem nie oddzielam sacrum od „profanum”. Bóg wchodzi w każdą przestrzeń mego życia, dlatego mogę, właśnie, też dzięki poezji, opowiadać mu o tym wszystkim czym żyję, dziękować mu, po prostu być.

Mam takie swoje „pory”, które są często wyjątkowo twórcze. Rano, po treningu, kiedy siadam do śniadania i popijając kawę, mogę spokojnie „napisać” parę wierszy.. Idealnie jak jest jeszcze ładna pogoda i śniadanko zjadam na dworze… Kolejną ulubioną porą jest popołudnie… Swego czasu miałam nawet taki zwyczaj, że zawsze popołudniu, kawka, świeczka zapalona na stole i pisałam.. Koniecznie!

Dobrze jest „stymulować” swoje natchnienie , tak by nie pisać cały czas o tym samym (emocje i uczucia mogą nas w tym aspekcie mocno zawieść). Dobrze jest inspirować się konkursami literackimi, które często narzucają tematy, lub samemu dawać sobie wyzwania „poetyckie”. Np. Napiszę o tym co się wydarzyło, albo o tym przedmiocie.. Co to jest? Jak ja widzę to lub tamto?

Poezja jest dla mnie jak praca. A wiadomo, że natchnienie zastaje nas przy pracy. Dlatego trzeba czasem z trudem, przezwyciężyć niechęć i próbować.. O dziwo, to właśnie wtedy często powstają najlepsze wiersze.

M: Masz w swoim dorobku już kilka wydanych tomików poezji…

R: Tak.. jest ich już siedem! Mniej więcej jeden na rok, a czasem zdarzy się nawet i więcej.. To dlatego, że piszę dużo, zdarza się, że wysyłam rodzicom, znajomym, mężowi, wiersz od rana, a potem w ciągu dnia.. Tak po prostu. To taki mój „dialekt” – niektórzy mają „stałą subskrypcję” :D

Jednak wydanie tomiku to trudna i – przede wszystkim- kosztowna sprawa.. Każdy wydany przeze mnie tomik zawdzięczam wielu ludziom, którzy mi pomogli finansowo.. Znaleźli się też tacy „tajemniczy” sponsorzy, całkiem przypadkowi, spotkani na bieszczadzkim szlaku.

To niesamowicie wzruszające, jak widzę, że teksty które piszę, (czasem i mnie zaskakują… jakby to ktoś mi dyktował, co mam pisać) tak bardzo wpływają na innych ludzi, że są gotowi mi pomóc, widzą wartość mojej twórczości i podtrzymują mnie na duchu, że to co robię ma sens.

M: Kto tworzy Pracownię Poezji?

R: Pracownia Poezji to mój autorski pomysł, który powstał dlatego, że już od dawna marzyłam o tym by stworzyć jakąś taką przestrzeń artystyczną… Pracownię na początku najbardziej wspierała moja mama, potem mój mąż… Teraz mogę powiedzieć, że pracownia poezji to My – Mateusz i Ja… jakkolwiek to dziwnie brzmi, tym właśnie jest dla mnie w tej chwili Pracownia..

M: Skąd wziął się ten pomysł?

R: Swego czasu jeden z moich wujków (a jest ich dużo, ponieważ babcia miała piętnaścioro rodzeństwa 😊) powiedział, że może stworzyłabym coś takiego, jak np.. jakiś Teatr Poezji.. Bardzo mi się spodobała ta nazwa, a że również uwielbiam piec i przygotowywać słodkości, myślałam czy nie połączyć tego z jakimś rodzajem gastronomi.. Wiadomo, że sama poezja w naszych czasach jest dosyć ciężkostrawna.. Szukałam lokalu, w którym mogłabym rozpocząć swoją działalność. Plany były duże. Koncerty, spotkania autorskie, wieczorki poetyckie, rozmowy o twórcach, na miejscu oczywiście księgarnia, kawiarnia.. tak o, by każdy mógł wejść i się spotkać..

M: Jest to więc przestrzeń w sensie fizycznym i metafizycznym…

Pracownia była małym lokalem, mieszczącym się w Swarzędzu przy placu Powstańców Wielkopolskich 8. Wierzyłam, że moja regularna praca w mediach społecznościowych, przygotowanie spotkań i koncertów zachęci i zaciekawi ludzi do wejścia w świat poezji. Niestety tak się nie stało. Choć miała swoje miejsce, żółtą kanapę, ladę przy której serwowałam cynamonki, regały z książkami nowymi i starymi, gotowymi do sprzedaży… Zniknęła z mapy rzeczywistej świata i stała się metaforą.. Przynajmniej na razie.. Teraz jest dla mnie nie tyle co synonimem jakiejś (może troszkę osobistej) porażki przynamniej w kategoriach biznesowych.. ale przede wszystkim niesamowitym SUKCESEM relacji. Wiem że ludzie którzy przychodzili do pracowni, doświadczali tam, na różnych spotkaniach i koncertach prawdziwych emocji.. Oni czuli tą gęstość o którą mi chodzi w życiu i cieszę się , że – teraz już mogę tak powiedzieć – ta właśnie ELITA zajrzała przez otwarte drzwi i weszła do środka.. Każdy z gości pozostawił swój ślad.. a wibracje ich obecności wciąż mi towarzyszą, dając nadzieję, że, choć wielu mówi, że to nie ma sensu, ja wiem, że poezja istnieje i jej pracownia.. w sercach każdego z nas.

M: Zimą odbyła się „przeprowadzka” na poddasze…

R: Niestety pracownia , choć prosperowała ( powolutku, ale jednak ) doświadczyła awarii prądu i ogrzewania. Poprzez niezbyt korzystne relacje z właścicielem wynajmowanego lokalu, najbezpieczniej było zmienić miejsce działalności.. Ostatecznie jednak zmęczona tak wielką intensywnością i brakiem perspektyw ograniczyłam działanie i aktualne pracownia, choć przeniosła się na poddasze, stała się bardziej prywatnym mieszkaniem, otwartym oczywiście na znajomych i przyjaciół, ale z racji też przerwania swojej działalności gospodarczej nie dzieje się w niej nic komercyjnego.. Powiedziałabym, że jako przestrzeń rodzinna, to najważniejsze miejsce na mojej mapie świata… Takich właśnie pracowni, życzę wszystkim!

M: Co się zdążyło w tych przestrzeniach wydarzyć?

R: Póki pracownia była otwarta, odbywały się wieczorki poetyckie, warsztaty, koncerty. Jednym z najbardziej słynnych wydarzeń był koncert piosenkarki Eweliny Tyranowskiej, której śpiew przyciągnął, jak na warunki pracowni „tłumy”. Ale były też inne niesamowite, bardziej kameralne wydarzenia.. Takie jak, np. „dramatoczytanie” W małej grupce zainteresowanych aktorów-amatorów, czytaliśmy „Zemstę” Aleksandra Fredro. Zabawy i śmiechu było co niemiara! I radość w oczach czytających – bezcenna.

M: Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej o tym pięknym projekcie może to zrobić, odwiedzając linki poniżej:

M: Plany na przyszłość?

R: Co mi się marzy? Nie wiem.. Chciałabym, może kiedyś stworzyć jeszcze raz miejsce, w którym może bardziej pod tym względem gastronomicznym, rozbuduje się pracownia.. a słodkie ciasta będą rozkoszować podniebienia, delektującym się nie tylko słodyczami ale i poezją.. Jak na razie wyszłam za mąż. To wielkie zadanie i radość, które uplastycznia wszelkie wizje. Już nie jestem sama, lecz jesteśmy Jednością.. a to piękne, móc odkrywać drugiego człowieka przez całe życie.

Co będzie z pracownią? Nie mam pojęcia..!

Napisałam powieść, inspirowaną wydarzeniami z przeszłości rodziny męża i mojej. Pracuję nad nią, to „gruba ryba” w mojej twórczości.

Pisać nie przestanę to wiem na pewno!

M: Poza pisaniem, grasz – między innymi na harfie. Jak długo się uczyłaś? Dlaczego wybrałaś właśnie ją?

R: Gram od trzeciej klasy podstawówki. Nie wiem czemu akurat ten instrument. Wcześniej były skrzypce, wiolonczela.. Zawsze podobał mi się saksofon. Gram też na fortepianie i troszkę na gitarze. Moja mama jest pianistką, więc może dlatego tak jakoś to wszystko „muzycznie” mi się ułożyło..

Harfa jest po prostu. Nie wiem dlaczego, tak się jakoś zżyłyśmy ze sobą, ona mnie inspiruje do pisania, a z kolei pisanie do grania.

M: Dużo też koncetrujesz. Jakim doświadczeniem jest wspólne z innymi muzykowanie?

R: To tak jak pójść na kawę, czy na piwo ze znajomymi. To spotkanie, czasem bardziej szczere i emocjonalne niż zwykła rozmowa.. to zespolenie się światów, które może doprowadzać do wymiany zdań, kłótni, czy nawet, nieprzerwanych dyskusji. To relacja budująca zaufanie i wiarę w drugiego człowieka.. Wspólna muzyka, to coś pięknego. To jak sama gęstość wyodrębniona z ram poezji.. I ta cisza.. która rozpoczyna i kończy grę.. Ona jest najważniejsza! Kiedy już nikt nic nie gra.. Tylko trwa brzmienie tego, co się stworzyło razem. To nauka odpowiedzialności nie tylko za siebie samego, ale też zespołu.

M: Powtarzającym się w Twojej twórczości i działaniach motywem jest wdzięczność. Dlaczego jest ona tak ważna?

R: Mój tata zawsze mówi, by codziennie dziękować za wszystko co się ma. “A gdybyś tak rano obudziła się tylko z tym za co podziękowałaś wieczorem? “ – kiedyś zadał mi to pytanie i to mnie totalnie ścięło.. Przewartościowało moją modlitwę, codzienność.. nakierowało na wdzięczność, ale taką na maksa, za to wszystko ca mam. Naprawdę to niezwykłe! Móc dziękować za ciepłą wodę, za kawę, za słońce.. za obecność, za nogi, za brak nóg, za głód, za uczucie sytości, za ludzi, za trudne i dobre doświadczenia. Wszystko jest po coś, a miarą naszej miłości jest wdzięczność.

Post Scriptum

M: Zanim dowiedziałam się o zamknięciu pracowni, chciałam zapytać, czy możesz „oprowadzić” nas po jej wnętrzu…

R: Powiedziałabym, że nie mogę.. Jednak, teraz już wiem.. Gdzie jest pracownia? Podnieś wzrok z nad ekranu telefonu, spójrz na drugiego człowieka, odetchnij tym czym żyjesz, tu jest pracownia.

M: Czym się w niej można „nakarmić”?

R: Odpowiem metaforą.

Gęstością każdego dnia, każdego człowieka, każdej chwili.

M: Dziękuję za piękną rozmowę.

A oto co Rozalia poleca w swojej karcie dań. Dla duszy oczywiście:)

1 komentarz

  • Dziupla_wiedźmy

    Poczułam ta gęstość 💖dziękuję za piękna historię 🌸

Zostaw swój komentarz