Rozmowa z Karoliną Mastalerz

z cyklu
Stoliczku nakryj się
Spotykamy się w nim na wirtualnej kawie z barwnymi postaciami. Ludźmi, którzy tworzą Coś z przypadkowych elementów lub wręcz z niczego. Za pomocą słów, pędzla, aparatu fotograficznego, nożyczek… Wachlarz narzędzi, podobnie jak ludzka wyobraźnia, jest nieograniczony. Podczas rozmowy nasz stolik zapełni się myślami, inspiracjami, obrazami, sekretami, odkryciami. Zapraszam na małą ucztę dla duszy. Mamy wolne miejsce, przysiądź się.

Małgosia: Stoliczek nakrywamy dzisiaj w miejscu szczególnym, magicznym, gościmy bowiem najprawdziwszą wiedźmę:)
Karolina: Dziękuję za zaproszenie.
M: Tradycyjnie zapytam, kawa czy herbata?
K: Mała, czarna jak noc — kawa :)
Kawa i ciastko mogłyby zostać tytułem filmu albo powieści. Jarmusch nakręcił film pod tytułem Kawa i papierosy, a u mnie – w zależności od okazji – też bywa różnie. Ale przy spotkaniach w kawiarniach, gdzie opowiada się historie, kawa.
M: Ulubiony deser…
K: Słodko-kwaśny — szarlotka na kruchym cieście.
Jestem łasuchem i ten zestaw (mała czarna + szarlotka) pachnie dzieciństwem. Babcia siedziała przy stole, pijąc czarną jak smoła kawę fusiarę. Układała karty i paliła papierosa. Niebieski dym krążył nad jej głową, układając się w przeróżne wzory. Na piecu coś bulgotało — jabłka z mojej kochanej jabłonki, tej rosnącej na pograniczu podwórek. Była mała, ale dawała mnóstwo owoców — to była papierówka. Babcia czasem dawała mi na łyżeczce skosztować kawy… i to było takie dorosłe.
M: Jest czarna kawa, jest szarlotka, ruszamy.
Gdzie mieści się dziupla wiedźmy?
K: W moim sercu — haha — jest wielowymiarowa, wielofunkcyjna i bardzo pojemna. To świat utkany z mojego życia. Ale marzy mi się też takie realne fizyczne miejsce.
Może tak, gdy idę do dzieci opowiadać bajki — wszystko zaczyna się od:
Idziesz wąską, leśną dróżką. Las jest gęsty i ciemny. To prastara puszcza, pełna szeptów drzew i obecności tych, którzy mieszkają tu od wieków. Droga nie jest łatwa — czasem musisz się przeciskać przez splątane gałęzie, przeskakiwać nad omszałymi pniami. Trzeba uważać, żeby nie zboczyć z drogi — jest wąska, kręta, jakby sama prowadziła tylko tych, którzy naprawdę mają trafić na miejsce.
I wtedy pojawia się polana. Pośrodku niej rośnie potężny, rozłożysty dąb. Na jego szczycie widzisz dużą dziuplę, z której sączy się ciepłe, światło. To Dziupla Leśnej Wiedźmy.
Wdrapujesz się na górę — jakimś cudem stajesz się mniejszy. Wnętrze dziupli wita cię jak dom. Pachnie zielem, dymem ognia i ciastem. Wita cię siwiutka, okrąglutka babuszka o chrapliwym głosie. Na ramieniu ma sowę i małpkę, przy kominku mruczy kot, lis obserwuje cię czujnym okiem, a wilk śpi w kącie. To miejsce, gdzie wszystko gada — meble, zioła, przedmioty i sny.
Wiedźma zaprasza cię do środka. Podaje herbatę z miodem. A potem… to już zależy od ciebie. Po co tu przyszedłeś?
Tak zaczynam swoje bajki. Niosę tę opowieść w sercu. Zmieniam ją z czasem, bo żyje razem ze mną. Wierzę, że życie to również opowieść — każda inna, każda cenna jak samo istnienie. Snuje się jak wstążka. Jak dym z papierosa mojej babci…
M: Dziupla wiedźmy to przestrzeń ponad czasem, płynna i zmienna. Co w niej słychać obecnie?
K: W mojej dziupli — tej prawdziwej, tu i teraz — dużo się dzieje. Tworzę. Przędę. Szyję z myśli i materii. Ale po cichu marzę o czymś więcej — o otwarciu leśnej pracowni, do której mógłby trafić każdy, kto pragnie tworzyć. Miejsca, gdzie ręce mają czas i przestrzeń, by zrobić coś z serca. Miejsca, w którym sztuka splata się z opowieścią, a herbata z ziołami smakuje tak, jak w bajce z mojej opowieści.
Mój dom jest trochę domem, a trochę pracownią. Przestrzenią, w której snują się zapachy ziół, leży stos gałęzi, wiszą amulety i obrazy, a stare deski, moje sztuki — te większe i te malutkie — są wszędzie. W każdym kącie coś wisi, coś czeka, coś opowiada.
A gdy się już natworzę, zawijam co nieco i ruszam na targi albo festiwale. W Polsce jest ich mnóstwo — i mają wspaniałą atmosferę. Tam spotykam ludzi, którzy też tworzą, którzy czują podobnie.
Dzielę przestrzeń domu z moim synem — nastolatkiem, który kocha muzykę. Czasem w naszym salonie odbywa się próba zespołu. Życie pulsuje w rytmie gitar.
Jest i kot. Maniek. Są też psy i inne stworzenia, które przychodzą i odchodzą, jak chcą. Moi znajomi dobrze wiedzą, że „umiem w zwierzęta” — więc dziupla bywa schronieniem także dla futrzastych gości.
Mieszkamy na dziesiątym, ostatnim piętrze, na peryferiach Wrocławia. Za oknem — Bystrzyca. Z jednej strony widzę wierzchołki drzew, z drugiej — Ślężę. Tak, tę Ślężę — słowiańską, magiczną, pełną duchów górę. Czasem pijemy razem poranną kawę. A kiedy widoczność jest dobra, w oddali majaczą szczyty Sudetów. Nie mam firanek. Bo po co zasłaniać taki świat?
M: Czy trzeba być dzieckiem, żeby wierzyć w magię? Czym ona właściwie jest?
K: Dla mnie… magia to splot świata duchowego z tym, co realne. To przestrzeń, gdzie widzialne spotyka się z niewidzialnym. Gdzie tajemnica, symbol i materia tańczą razem.
Magia to dla mnie zachwyt nad niesamowitością świata. To połączenie z czymś większym, subtelnym, delikatnym – jak muśnięcie skrzydeł motyla. Nie trzeba jej rozumieć, nie trzeba jej logicznie tłumaczyć. Ona po prostu jest. Obecna. Cicha. Czasem bardzo konkretna, a czasem ledwo uchwytna.
Można nią tkać codzienność – z intencją, z uważnością, z miłością. Magia mieszka w opowieściach, w rytuałach, w szeptach wiedźm. W świecy zapalonej o świcie. W kąpieli z ziołami. W liście włożonym pod poduszkę.
Magia oczyszcza, uzdrawia, osadza. Jest jak oddech duszy – subtelna, ale fundamentalna.
M: Słowo wiedźma bywa nieraz niewłaściwie interpretowane, a ona sama źle rozumiana. Kim zatem jest wiedźma?
K: Wiedźma to archetyp. Mamy ją w sobie – każda i każdy z nas nosi obraz starej, mądrej kobiety, podobnie jak matki czy ojca. Jest ponadczasowym symbolem – kobiecą postacią głęboko zakorzenioną w tradycji ludowej i kulturze. To kobieta „wiedząca”, intuicyjna, czująca. Łączniczka między światami – widzialnym i niewidzialnym. Ta, która zna sposoby, by uzdrowić, oczyścić, poczuć energię cykli, fazy księżyca, rytm Przyrody.
Wiedźma jest bliżej emocji, snów, instynktów i intuicji niż logicznego rozumu. Dziką kobietą, która czuje się częścią natury, doświadcza połączenia wszystkiego. Przemawia do nas z głębi lasu:
„Hej, człowieku z miasta, zdejmij buty i skarpetki, idź do lasu. Posłuchaj, co mówią siostry brzozy.”
Wiedźma pracuje ze snami, z intencją, z medytacją, modlitwą, rytuałem. Używa do tego symboli, dźwięków, roślin, żywiołów. Bywa medium. Czasem staruszką na skraju lasu, do której przychodzi się… gdy się już wie, że to czas.

M: No i widuje się ją w towarzystwie czarnego kota? Masz takiego?
K: Oczywiście, że mam kota 😄 Czarnych nie miałam, ale często trafiały do mnie dzikie, „rysiowate” . Teraz jest Maniek – wojowniczy kot, który nie zna lęku, nawet przed dużym psem. Ludzi uwielbia – i bezwstydnie to wykorzystuje!
Kiedyś nocowała u mnie koleżanka, która bardzo bała się zwierząt – bo nigdy nie miała ich w domu. Ich zachowania były dla niej niezrozumiałe. Spędziła u mnie trzy dni. A ja wtedy miałam dwa koty i psa: Milę – border collie, Mańka – małego tygrysa ze śmietnika i Marlenę – rysicę spod samochodu. U mnie zwierzęta są na równi z ludźmi. Pierwszej nocy cała ta ekipa przyszła spać przy mojej koleżance. Rano, wzruszona, powiedziała mi: „U ciebie zwierzęta mówią.” Myślę, że to bycie blisko z moimi zwierzakami otworzyło w niej coś delikatnego. Coś, co wcześniej było zamknięte.
Wiedźmy żyją ze zwierzętami i z roślinami. A czemu właśnie czarne? Czemu kruki są czarne, koty czarne – i same wiedźmy tak często też? Bo czarne to symbol podświadomości, chaosu, głębi, początku wszystkiego. Czarne to noc – noc, w której nic nie widzimy, ale za to wędrujemy wgłąb siebie, do krainy snów.

Chodziłam nocą po górach. Po czasie oczy przyzwyczajają się do ciemności, inne zmysły się wyostrzają – słuch, węch, dotyk. Zapomnieliśmy, jak to jest działać w ciemności. W dzień rządzi porządek i rutyna. Jasność. A wystarczy, że coś się posypie – praca, dom – i już mamy chaos, koniec świata. Ale może to nie koniec? Może to początek? Taki właśnie jest moment czerni – początkowa niepewność.
Kot – czy jako zwierzę mocy, czy jako archetyp – to mały szaman. Przechadza się między światami. Jest niezależny, zwinny, osadzony w ciele. Czy to lew z szafki, czy kot z kanapy – kot po prostu jest.
M: Mówisz o czerni, nocy – nauczycielce… O czym opowiada nam Księżyc?
K: Fazy Księżyca opowiadają o cyklach – tych wielkich i tych malutkich. Tak jak Księżyc przechodzi swoje przemiany, tak i my – w ciele, w duszy, w emocjach, w intencjach. Księżyc przypomina, że wszystko w naturze ma swój rytm. Że są momenty działania i momenty zatrzymania. Jest czas siewu i czas zbioru, jasności i ciemności.
W pełni Księżyc jest jak latarnia – oświetla to, co ukryte. Świeci jasno, często nie daje spać – bo coś w nas się budzi, woła o uwagę. To czas kulminacji, widoczności, czas silnych emocji i rozświetlenia tego, co domaga się ujawnienia.
W nowiu zapada noc – cicha, głęboka. To moment, kiedy schodzimy do środka siebie, do korzeni. Można wtedy zasiewać intencje, medytować, wejść w przestrzeń ciszy i odbudowy. To czas regeneracji i powrotu do siebie.
Uwielbiam podążać za tym rytmem. Zatrzymać się. Poczuć. Pójść do lasu, zanurzyć się w jego ciszy, wsłuchać się w jego puls. Zrobić mały rytuał – ze świecą, z wodą, z kadzidłem. Oczyścić przestrzeń. Oddech. Intencja. Obecność.
Księżyc przypomina mi, że wszystko jest procesem. Że nie trzeba być zawsze w pełni – bo ciemność też jest potrzebna.



M: I „tylko nocą zapalają się gwiazdy… ”
Pod jakim znakiem zodiaku się urodziłaś i co to dla Ciebie oznacza?
K: Urodziłam się pod wrześniowym, już jesiennym niebem. Podobno to był piękny dzień, ciepły. Moja mama szła do szpitala w letniej sukience na ramiączkach. Przyszłam na świat nocą, gdy wszystko na zewnątrz cichło, a wewnątrz rodził się cud – życie.
Dla mnie astrologia to symboliczny język Natury, system obserwacji nieba i człowieka. Kosmogram, narzędzie astrologi, to mapa nieba w chwili narodzin. Opowiada historię duszy która przychodzi na świat, jej zasobów . W moim przypadku to opowieść o Pannie słonecznej i Księżycu w Wodniku i Ascendencie w Raku.
Zodiakalna Panna to ziemska kapłanka – uważna, obecna, wpatrzona w detale, które mają znaczenie. To archetyp kobiety, która wie, jak troszczyć się o życie – o dom, o przestrzeń, o rytm. Pojawia się w momencie roku, kiedy kończy się lato, a zaczyna jesień – czas porządkowania, zbierania plonów, oczyszczania. Jej magia tkwi w prostocie i praktyce, w codzienności, która staje się rytuałem.
Panna nie jest tylko „analityczna” – ona widzi, co wymaga opieki, czego trzeba dotknąć sercem i uzdrowić. To znak ziemski związany z intuicyjnym porządkowaniem świata, z troską, uważnością, codzienna alchemia. To również dar widzenia detali, a także potrzeba wprowadzenia harmonii gdzie panuje chaos, czy to w ciele, czy duszy. To ciche tkanie rzeczywistości.
M: Znajomość własnego kosmogramu może pomóc w zrozumieniu siebie i własnej drogi. Czy podobną funckję może spełniać Twoim zdaniem Tarot?

K: Istnieje wiele stylów czytania kart Tarota. U mnie to trochę rytuał. Zatrzymania, skupienia się, zagłębienia. To spotkanie dwóch osób, które pochylają się razem nad opowieścią życia.
Karty Tarota reprezentują symbole, archetypy. Mówią swoim językiem – językiem obrazów, intuicji, wglądu.
Ktoś przychodzi do mnie z pytaniem. I zazwyczaj to pytanie okazuje się głębsze, bardziej zakorzenione niż „kiedy zacznę więcej zarabiać”. Otwiera się przestrzeń. Pochylamy się wspólnie nad tym fragmentem historii. Układ kart pokazuje opowieść – jakbyśmy wypływali razem na wody oceanu symboli, wspomnień, porównań.
Wielkie Arkana – takie jak Głupiec, Cesarzowa, Śmierć, Wisielec, Słońce, Świat – mówią o większych, fundamentalnych sprawach. Każda z tych kart uruchamia coś w nas, dotyka czegoś uniwersalnego.
Tarot jest dla mnie jak mandala Zachodu. Jak język snów – zaprasza do rozmowy z tym, co niewidzialne w podświadomości.
M: Czym jest metoda mandali?
K: To narzędzie arteterapeutyczne, z którym po raz pierwszy zetknęłam się wiele lat temu, podczas kursu arteterapii u absolutnie wspaniałej Koryny Opali-Rybki – założycielki Korartu, ośrodka terapeutyczno-szkoloniowego.
Mandala to koło – symbol pełni, świadomości, słońca. Kojarzymy ją m.in. z obrazów mnichów buddyjskich, którzy w kontemplacyjnej ciszy tworzą niezwykle misterne kompozycje, by potem pozwolić im się rozsypać. To forma medytacji, obecności i pokory wobec przemijalności.
W sanskrycie słowo mandala oznacza właśnie „koło”. W arteterapii to bardzo konkretne narzędzie – terapeutyczne pole działania, symbolicznie przedstawiające nasze pole widzenia, z centrum umieszczonym tam, gdzie jesteśmy „my”. Rysowanie w kole może przynieść relaks, integrację emocji, samoregulację, ale też wgląd, uwolnienie czy nawet wizję. Mandala działa również na poziomie podświadomości – przez rytm, symetrię, kolor, strukturę. To jakby kod, który omija słowa i trafia od razu „do środka”.
Ja sama – do medytacji i pracy z emocjami – często używam luźnego rysunku. Niekoniecznie zamykam się w kole – czasem są to po prostu „bazgroły”, rysowanie bez planu i celu. Na początku przez kilka minut maluję czym popadnie, lewą i prawą ręką na zmianę, bez oczekiwań.
Zmiana prawej lewej ręki i nie patrzenie…oprócz tego że pobudza obie półkole mózgowe pobudza intuicję a potem wyzwala proces kreatywny w nas.
Potem patrzę na to, co powstało – z uważnością. Studiuję kształty, linie. I dopiero wtedy zaczynam dodawać coś bardziej świadomie: kreski, kropki, czasem kolory. Czasem ten proces trwa dłużej, czasem krócej. Najważniejsze, że prowadzi do wewnętrznego poruszenia, uwolnienia lub ukojenia.
M: Dokąd może nas zaprowadzić medytacja?
K: Medytacja może prowadzić… wszędzie. A czasem aż tak daleko, że pewnego dnia orientujesz się, że jesteś na drugim końcu świata – i nie chodzi tylko o geografię. Znam takie przypadki, również z własnego doświadczenia. Ale zostawiając takie zwroty akcji – medytacja może być początkiem bardzo osobistej, wewnętrznej podróży. Takiej, która zmienia to, jak patrzysz na siebie i świat.
Są całe systemy i tradycje duchowe, które opowiadają o tym, czym jest medytacja, jak działa, gdzie może nas zaprowadzić i jak wprowadzać ją do codziennego życia. Ale ja powiem po swojemu – po prostu.
Dla mnie na początku medytacja to była przestrzeń, w której wreszcie mogłam wyciszyć rozbiegany, analizujący bez przerwy umysł. Choćby na chwilę. Poczuć balans. Złapać grunt pod nogami, kiedy emocje się rozszalały. I to już było dużo – bo umysł potrafi być naprawdę głośny.
Uważam, że joga z elementami medytacji powinna być obecna w szkołach. Serio. Sama jestem instruktorką jogi dla dzieci i prowadziłam zajęcia nawet z maluszkami – trzyletnimi, cudownymi człowieczkami. I tak, one też potrafią się wyciszyć. Zajęcia dla dzieci wyglądają oczywiście inaczej niż dla dorosłych – więcej w nich zabawy, ruchu, opowieści. Ale zasada jest ta sama: skupienie na oddechu, bycie w tu i teraz, łagodne prowadzenie uwagi do środka. To są narzędzia, które warto dawać człowiekowi od małego.
Joga w połączeniu z medytacją, nawet bardzo prostą, jest jak powrót do domu – do siebie.
M: Jak zacząć medytować? Czyli wskazówki dla zabieganych:)
K: Na początek – nie komplikować. Nie musisz od razu siedzieć w lotosie przez godzinę, bez ruchu i myśli. To mit, który wielu zniechęca. Fajnie jest zacząć od czegoś prostego, co można naprawdę wpleść w codzienność.
Można zrobić sobie tygodniową praktykę – taką próbę, bez oczekiwań, ale z ciekawością. Znajdź spokojne miejsce. Ustaw zegarek na 5 albo 10 minut. Usiądź wygodnie. Jeśli czujesz napięcie – porusz ciało, przeciągnij się, zrób kilka ruchów z jogi. Potem zamknij oczy i daj sobie przestrzeń na bycie. Na oddech. Tylko tyle – a może aż tyle.
Najlepiej, jeśli praktykujesz codziennie o tej samej porze – to pomaga budować rytm. W jodze mówi się, że żeby coś stało się nawykiem, warto praktykować przez 40 dni. Ale nawet 5 minut dziennie robi różnicę – pod warunkiem, że jesteś w tym regularna.
Rodzajów medytacji jest mnóstwo. Możesz zacząć od medytacji prowadzonej – jest ich wiele, można znaleźć coś dla siebie. Możesz po prostu usiąść w ciszy i skupić się na oddechu – obserwować go.
Bycie w przyrodzie naturalnie wycisza.
Być może ciche słuchanie oddechu pod drzewem nad rzeką w słoneczny dzień też może pięknie poprowadzić do wyciszenia.

M: Zajmujesz się rękodziełem. Opowiedz proszę o drugim życiu kawałka drewna…
K: Kiedyś, podczas pobytu w Norwegii, morze wyrzuciło na brzeg deskę. Zwykły kawałek drewna — ale w jego kształcie od razu zobaczyłam obraz. Nie musiałam się długo zastanawiać — po prostu wiedziałam, że ma na nim zamieszkać kobieta z irysem. Namalowałam ją, jakby już wcześniej czekała wewnątrz tej deski.
Od tamtej chwili zaczęłam świadomie wypatrywać takich porzuconych fragmentów drewna. Każda z nich wydawała się mieć swoją historię, jakby tylko czekała, aż ktoś ją odkryje i pokaże światu. Gdy brałam je do ręki, czułam, że coś się w nich ujawnia – jak szept, obraz, cień postaci.
Deski, które maluję, są nasycone kobiecą energią. Pojawiają się na nich rozwiane włosy, kwiaty, zwierzęta. To symbole intuicji, przemiany, mocy, wizji i delikatności. To obrazy, które dotykają czegoś pierwotnego – kobiecej mądrości zaklętej w naturze. Każda z tych prac jest jak opowieść.

M: Jak powstają Twoje amulety?
K: Amulety zaczynają się od intencji. Od potrzeby stworzenia czegoś, co ma znaczenie. Ten proces wymaga skupienia, ciszy – obecności. Pracuję z naturalnymi materiałami: drewnem, gliną, gałęziami, piórami, farbami, kamieniami… Każdy z nich niesie swoją energię. Dotykam ich, czuję, współpracuję z nimi. Nie planuję, co z nich powstanie – one po prostu się „wydarzają”. Czasami ktoś przychodzi z prośbą – by amulet był ochronny albo wspierający energetycznie. Zazwyczaj przybierają formę niewielkich zawieszek – jak łapacze snów, z piórami, wstążkami. Chronią, oczyszczają, transformują, wspomagają. Z taką właśnie intencją się rodzą.



M: Tworzysz również bajeczne wycinanki…
K: Aaaa …. wycinanki to zupełnie inna część mojej twórczości – ta bardziej bajkowa, dziecięca, pełna światła i uśmiechu. To małe historie, które żyją w obrazkach – opowieści układane nożyczkami i papierem.

Na początku rysowałam je po prostu na kartkach. Ale z czasem zapragnęłam, by ożyły – zaczęłam je wycinać. Potem pojawiły się małe rameczki – jak scenki z miniaturowego świata. Każdy obrazek stawał się jak małe teatralne okienko, przez które można zajrzeć do baśni.
Kiedy opowiadam dzieciom historie, sięgam po te wycinanki – wyciągam obrazki, a one same zaczynają układać się w bajkę. Czasem dzieci wchodzą w tę opowieść tak głęboko, że pytają: „A co będzie dalej?” — i wtedy opowieść rodzi się na nowo.
Myślę, by stworzyć z nich mały teatrzyk. Taki, który zmieści się w dłoniach – a jednocześnie otworzy drzwi do wyobraźni. Bo dzieci kochają te obrazki. A ja kocham to, jak patrzą na nie z zachwytem.

M: Czy masz swoją ulubioną baśń?
K: Mam kilka ukochanych baśni. Oczywiście o Babie Jadze w lesie — w różnych odsłonach: w opowieści o Jasiu i Małgosi, Czerwonym Kapturku, a szczególnie w baśni o Wasylisie. Gdy byłam dzieckiem, dziadek opowiadał mi je na dobranoc. Te historie były dla mnie jak zaklęcia — a las, w którym mieszkała Baba Jaga, nie był straszny, lecz pełen mocy, przejścia i tajemniczej mądrości. Zawsze czułam, że Baba Jaga nie jest tylko przerażającą postacią z piernikowego domku. W baśni o Wasylisie staje się strażniczką inicjacji, tej, do której idzie się po moc, po to, by przejść próbę, odnaleźć wewnętrzne światło.
Lubię też inne baśnie: Królową Śniegu — za jej mroźną symbolikę i duchową podróż, Krzesiwo — z jego magią i archetypiczną mocą, oraz Małą Syrenkę — pamiętam, że moment, gdy zamienia się w pianę był dla mnie niezwykle piękny i wzruszający bo oto stała się częścią swojego ukochanego oceanu.
Później odkryłam jeszcze jedną opowieść, która szczególnie mnie poruszyła: baśń o La Lobie – Starej Kobiecie, która zbiera kości zwierząt i śpiewem przywraca życie. To opowieść o uzdrawianiu, odradzaniu, o kobiecej mocy i magii pieśni.

M: Twoje ukochane miejsce?
K: Jest wiele miejsc, które kocham. I gdziekolwiek jestem, zawsze znajduję takie miejsce, które staje się moim – do którego wracam, żeby oddychać, słuchać, być. Najczęściej to lasy, rzeki, góry. Przyroda.
Dwa szczególnie bliskie memu sercu miejsca są niedaleko mnie. Jedno to stary dąb — pokiereszowany przez czas, ale piękny i rozłożysty. Stoi samotnie na polanie, z dala od ludzi, przy rzece. Poznaliśmy się gdy miałam 10 lat. Wracam tam już tyle lat… Drugie to miejsce zwane przeze mnie „trzy brzózki” — też nad rzeką. Tam rozkładam hamak, czytam, odpoczywam. A brzozki jak trzy siostry są nade mną. Uśmiechamy się do siebie.
Ważne też są dla mnie dwie rzeki: Narew nad którą się urodziłam i Bystrzyca nad którą dorastałam i dalej mieszkam. Są jak bliskie memu sercu siostry.
M: Dziękuję za tę podróż, opowieść, rozmowę.
A oto co Karolina poleca w swojej karcie dań. Dla duszy oczywiście:)

To wszystko mnie karmi.
Jak las pełen starych opowieści,
jak Baba Jaga przy ogniu,
jak słowo, które przypomina kim jestem,
jak obraz, który otwiera przestrzeń między światami…

4 komentarze
Dziupla_wiedźmy
Dziękuję za pogaduchy przy kawce 🌟☕
Małgosia
I ja dziękuję. Cudowne pogaduchy. Czuję, że w kominku znowu napalone, sypią się iskry…
Robert
Przy kawie w niedzielne przedpołudnie (ooo już popołudnie sie zrobiło) poczytałem i odpłynąłem. Dziękuję moje Panie za przecudowną rozmowę, której teraz byłem świadkiem. Hoho a z Panią Karoliną lubimy te same potrawy od kawy poczynając, poprzez Kazika i Szancera a na Hrabalu kończąc. Pełen wdzięczności dobrego dnia życzę. 🙋♂️
Małgosia
Cała przyjemność… Cudnie było znów się spotkać w tej przestrzeni. A nas z Karoliną połączyły Muminki, Clarissa P Estes, Cinema Paradiso. No i Syreny sobie przypomniałam:)